Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Prawdziwość niezwykłej relacji mężczyzn potwierdza w powiastce nawet narrator. Na wypadek, gdyby czytelnik nie wierzył w relację Kubusia, powinien był pewny jego świadectwa:
„Gotów jesteś wziąć historię kapitana za bajkę i będziesz w błędzie. Zaręczam ci, iż dosłownie tak, jak Kubuś opowiadał ją swemu panu, ja słyszałem ją, nie pomnę już którego roku, u Inwalidów w dzień świętego Ludwika, przy stole niejakiego pana Saint-Etienne, majora, komendanta zakładu. Opowiadający, który mówił w obecności oficerów świadomych owego zdarzenia, był to człowiek poważny i nie wyglądał bynajmniej na żartownisia lub łgarza”.


Jasiek, brat Kubusia



Jasiek był bratem Kubusia. Z natury obrotny i przemyślny, był adwokatem i doradcą całej wsi, umiał czytać i pisać, ogólnie był to „chłopak z głową”, co przysporzyło mu nie lada kłopotów: „byłoby mu lepiej być ciemięgą jak ja; ale tak było napisane w górze”.

Bohater, zafascynowany przebywającym w rodzinnym domu karmelitą, postanowił przywdziać habit i oddać swoje życie w służbie Bogu. Zamierzał zostać karmelitą bosym. Jako że od dziecka interesował się odcyfrowywaniem i kopiowaniem starych pergaminów, stanowił cenny nabytek szeregów zgromadzenia.

Przeszedł wszystkie godności zakonu (był kolejno furtianem, szafarzem, ogrodnikiem, zakrystianem, pomocnikiem gwardiana i skarbnikiem), zadbał o dobre zamążpójścia swoich dwóch sióstr, zyskał szacunek lokalnej społeczności. Niektórzy specjalnie zapraszali go do siebie, ponieważ wierzyli w jego dobrą moc. Kiedy wchodził do czyjegoś domu, zdaniem ludzi wchodziło z nim „błogosławieństwo boże”. Przejawiało się to w szybkich ślubach mieszkających tam dziewcząt, zawsze każda wychodziła za mąż w przeciągu dwóch miesięcy.

Niestety, zdaniem Kubusia, jego brata zgubiła za duża ambicja.

Gwardian, którego był pomocnikiem, był stary. Mnisi posądzili Jasia, że zaaranżował to wszystko, aby zająć to stanowisko po śmierci mentora. Bohater przewrócił do góry nogami całe archiwum, spalił dawne rejestry i sporządził nowe w ten sposób, aby po śmierci starego
gwardiana „sam diabeł nie wyznał się w aktach klasztoru”. Zakonnicy odwrócili się od Jana, a ten - zamiast gwardianem, znalazł się w komórce o chlebie i wodzie. Próby wydobycia od niego klucza do ukrytych rejestrów udały się. Kiedy mnisi wyciągnęli z brata Jana potrzebne wyjaśnienia, dali mu pracę parobka w laboratorium, gdzie destylowano krople karmelitańskie. I tak oto brat Jan, „wprzód podskarbi i pomocnik gwardiana, węglarzem!”.

Bohater nie mógł znieść upadku swej pozycji, cały czas szukał okazji do dostania się na szczyt kościelnej hierarchii. W tym czasie do klasztoru przybył młody „ojczyk”, rozsławiony w okolicy ojciec Anioł. Miał piękne oczy, gładką skórę, podobał się kobietom:
„Dopieroż ojciec Anioł każe i każe, spowiada i spowiada; wszystkie pobożne duszyczki czepiają się habitu ojca Anioła; w wigilię niedziel i świąt sklepik ojca Anioła oblegają barany i owieczki, gdy starzy ojcowie daremnie czekają na klientelę w opustoszałych kramikach, co ich wielce martwiło...”.

Starzy mnisi postanowili pozbyć się „młokosa”, który był dla nich upokorzeniem. Przekupili zatem furtiana, a ten oskarżył młodego ojczyka, iż ten zachował się poufale z jedną z kobiet w konfesjonale. Wszystko potwierdził pod przysięgą. Wskutek potwarzy furtiana mnisi zaczęli uprzykrzać życie biednemu ojcu Aniołowi. Gdy osaczony poczuł się gorzej, przekupiony przez starszyznę lekarz stwierdził u niego obłęd:
„Wśród tego, udręczenia i złośliwości szły zdwojonym trybem: nie było rzeczy, której by nie próbowano, aby w istocie doprowadzić ojca Anioła do stanu, o jaki go pomawiano”.

Klęska Anioła zbliżała się nieuchronnie, jego los odwrócił się dzięki litościwemu bratu Janowi. Obaj opuścili klasztor na zawsze, a Jan w 1755 roku wyjechał do Lizbony, gdzie zginął w trzęsieniu ziemi.

Chirurg


Chirurg został wezwany przez małżeństwo gospodarzy, gdy na progu ich domu pojawił się zraniony w kolano Kubuś. Medyk zajął się jego nogą, z częstymi przerwami na alkohol i pogawędki z domownikami. Gdy bohater musiał w końcu opuścić dom biednej rodziny, poprosił chirurga o wynajęcie mu u siebie pokoju. Doktor skrupulatnie podliczył każdą z czynności, jaką musiałaby przy rekonwalescencie wykonywać jego żona, przyjął opłatę za kwartał z góry i zabrał Kubusia do siebie. Decyzją tą kierowało nie dobre serce medyka czy chęć niesienia pomocy bliźniemu, lecz pieniądze:
„– Mam żonę, która całe życie pielęgnowała chorych, mam córkę, która goli jak z nut i umie zdjąć i założyć opatrunek nie gorzej ode mnie.
– Ileż byś policzył za mieszkanie, życie i kurację?
Chirurg mruknął skrobiąc się za uchem: – Mieszkanie... życie... kuracja... Ale któż mi da
pewność?...
– Będę płacił co dzień z góry.
– Oto, co się nazywa mówić...”.


Pan Le Pelletier

O losach pana Le Pelletier Kubuś dowiedział się podczas pobytu z kapitanem w Orleanie.

Był to człowiek współczujący biednym do tego stopnia, iż przez dawanie ciągłej jałmużny znacząco uszczuplił rodzinny majątek. Chęć niesienia pomocy ludziom znajdującym się w gorszej niż on sytuacji spowodowała, że nie wahał się pukać od drzwi do drzwi w poszukiwaniu wsparcia dla bliźnich u obcych osób.

Z tego powodu prawie wszyscy bogaci uważali go za szaleńca. Niewiele też brakowało, by najbliżsi posunęli się do ubezwłasnowolnienia go jako rozrzutnika.

Pewnego dnia Le Pelletier zwrócił się z prośbą o wsparcie biednych ludzi do pana Aubertot, którego dom znajduje się na wprost kościoła Kapucynów. Nie przyjmował jednak odpowiedzi odmownej i nalegał:
„- Gdybyś pan wiedział, dla kogo żebrzę miłosierdzia! Dla biednej kobiety, która właśnie urodziła i nie ma ani łachmana, aby spowić niemowlę.
- Nie mogę.
- Dla młodej i ładnej dziewczyny, bez roboty i chleba, którą hojność pańska ocali może
od występku.
- Nie mogę.
- Dla robotnika, który żył z pracy i złamał nogę spadając z rusztowania.
Nie mogę”.


Nie słuchając odmowy, szedł krok w krok za bogaczem aż do jego mieszkania, aż w końcu ten nie wytrzymał i zniecierpliwiony wymierzył policzek. Uderzony postąpił niestandardowo. Zamiast żądać satysfakcji, uśmiechnął się i rzekł do pana Aubertot: „To dla mnie, ale cóż dla moich biedaków?...”.

Morał tej opowieści był jednoznaczny:
„Każdy ocenia zniewagę i dobrodziejstwo na swój sposób; być może zresztą zmienia się nasz sąd o tym w różnych chwilach życia”.


Prémontval



Poznanie losów tego bohatera czytelnik zawdzięcza narratorowi. Zarówno Prémontval, jak i jego żona istnieli autentycznie. Mężczyzna, uprowadziwszy pannę Pigeon żył jakiś czas w Szwajcarii, potem w Berlinie, gdzie mimo godności członka Akademii Królewskiej wiódł życie skromne i ubogie. Umarł w 1764 roku. Z kolei pani Prémontval była lektorką żony księcia Henryka Pruskiego, umarła w 1767 (także przed powstaniem powieści Diderota).

Prémontval dawał w Paryżu publiczne lekcje matematyk i przyjaźnił się z panem Gousse, z którym prowadzili wspólnie szkołę.

Na tle licznych uczniów wyróżniała się młoda dziewczyna o nazwisku Pigeon, córka majstra, który zbudował dwie planisfery, przeniesione z czasem z Ogrodu Królewskiego do Akademii Umiejętności. Dziewczyna była osobą zdolną i pilną. To właśnie w niej zakochał się Prémontval. Po dziewięciu miesiącach parze urodziło się dziecko, co nie wywołało u ojca kobiety radości.

Położenie kochanków stało się na tyle kłopotliwe, że poprosili o pomoc przyjaciela Gousse. Ten, nie mówiąc ani słowa, sprzedał wszystko, co posiadał: bieliznę, ubranie, przyrządy, meble, książki, a całą sumę przeznaczył na przeprowadzkę przyjaciół do Alp.

Choć ten gest czyniłby z bohatera wzór do naśladowania, narrator był innego zdania, miał nawet dowody na niegodziwość Gousse:
„Zatrudniłem go u siebie. Dałem mu czek na osiemdziesiąt funtów na mego bankiera; suma była wypisana w cyfrach: cóż czyni? dodaje zero i każe sobie wypłacić osiemset funtów. – Och! to haniebne! – Nie więcej jest nieuczciwy, kiedy kradnie, niż szlachetny, kiedy oddaje wszystko, aby wspomóc przyjaciela: jest to oryginał bez zasad. Osiemdziesiąt funtów nie wystarczyło mu; jednym tedy pociągnięciem pióra przyczynił sobie siedemset dwadzieścia, których mu było trzeba”.


Żona i chorujący na kamienie mąż



Kobieta o nieznanym imieniu mieszkała na wsi z mężem, człowiekiem osiemdziesięcioletnim i cierpiącym na kamienie żółciowe. Mąż wyjechał do miasta na operację, napisał do niej list w dzień zabiegu. W chwili, gdy otworzyła kopertę, jej obrączka ślubna podzieliła się na dwie części. Połowa z wyrytym jej imieniem została na jej palcu, zaś ta z imieniem męża padła złamana na list.

Wypadek ten tak bardzo wstrząsną kobietą, że omal nie przypłaciła tego życiem. Zły stan jej zdrowia utrzymywał się aż do czasu otrzymania kolejnego listu, w którym mąż powiadamiał o udanej operacji i swoim rychłym powrocie.

Joanna, kobieta z pękniętym dzbanem

Bohaterka wspomnień Kubusia była kobietą ubogą i skromną, ubraną w nędzne łachmany. Gdy przez przypadek zbiła wielki dzban oliwy, zaczęła rwać sobie włosy z głowy i rozpaczać nad losem swoich dzieci i złym sercem rządcy, który z pewnością nie podaruje jej ani szeląga. Do tej pory pracowała u niego jako pomoc przy załatwianiu różnych spraw i była częścią służby pałacowej.

Zaskoczenie Joanny było niewyobrażalne, gdy otrzymała od Kubusia dwanaście talarów. O swoim miłosiernym wybawcy niezwłocznie opowiedziała ludziom i w tej sposób bohater trafił na dwór pana Desglandsa, gdzie poznał miłość swego życia, Dyzię (notabene córkę Joanny).

Margrabia des Arcis i wdowa de la Pommeraye



Bohaterem historii gospodyni, u której gościli Kubuś i jego Pan, był margrabia des Arcis, jeden z jej klientów.

Wiele lat temu mężczyzna był zakochany we wdowie de la Pommeraye, kobiecie szlachetnego rodu, cnotliwej, bogatej i dumnej. Bardzo długo zwlekała, nim przyjęła jego oświadczyny. Po ślubie wyszło na jaw, że wybranek lubi otaczać się kobietami, stopniowo coraz więcej czasu przebywał poza domem, aż w końcu żona postanowiła zdobyć dowód jego niewierności.

Przebiegła wyznała margrabiemu, że przestała go kochać. On oczywiście podzielał jej uczucie, wyznał, że także zauważył zmianę w ich relacjach, a na koniec zaproponował, aby rozstali się i spróbowali znaleźć szczęście u boku kogoś innego. Kobieta z udawaną ochotą przystała na jego propozycję. Wspólnie postanowili, że zostaną przyjaciółmi i zawsze będą darzyć się uczuciem.

Jak się niestety okazało po wyjściu mężczyzny, pani de la Pommeraye postanowiła zemścić się na mężu. Poczuła się urażona i oszukana, poprzysięgła zemstę. Wynajęła dwie kobiety (matkę i córkę), wiodące rozwiązłe życie pod przybranym nazwiskiem d’Aisnon, by złapać margrabiego w sieć. Bohaterka wynajęła swoim pracownicom mieszkanie niedaleko kościoła, a one miały wieść przykładne życie cnotliwych dam. Zobowiązały się brać komunię co najmniej raz w miesiącu i czekać na dalsze polecenia.

Pewnego dnia pielęgnująca w sobie urazę do męża kobieta poleciła paniom Duqesnoi (tak brzmiało ich prawdziwe nazwisko) udać się na spacer do ogrodów królewskich. Podobny pomysł poddała margrabiemu, goszcząc go akurat na obiedzie. Wszystko przebiegło zgodnie z jej planem – oboje natknęli się w ogrodzie na panie Duqesnoi. De la Pommeraye wymieniła z nimi kilka uprzejmych zdań, a gdy już odeszły, zaczęła wychwalać przed małżonkiem cnoty matki i córki, poświęcając wiele miejsca komplementowaniu urody młodszej.

Spotkanie to zapoczątkowało częstsze wizyty margrabiego w domu swojej żony:
„pani de La Pommeraye zachowywała z margrabią wszelkie pozory szacunku, przyjaźni i pełnego zaufania. Zawsze mile witany, nigdy nie spotykający się z połajanką ani dąsem, nawet po długiej nieobecności, opowiadał jej wszystkie swoje sukcesy, którymi margrabina zdawała się bawić szczerze. Udzielała mu rad w sprawach bardziej drażliwych, rzucała czasem słówko o małżeństwie, ale tonem tak bezinteresownym, że nie można było podejrzewać, by przemawiała w swojej sprawie. Jeśli margrabia zwracał się do niej z czułym lub drobnym komplementem trącącym dawną zażyłością, uśmiechała się albo puszczała rzecz mimo uszu. Wedle tego, co mówiła, serce jej było spokojne; ba, czego by sobie nigdy nie wyobrażała, przekonała się, że przyjaciel taki jak on wystarcza jej w zupełności do szczęścia; zresztą nie ma już porywów pierwszej młodości, czuje się wystygłą, spokojną...”.


Margrabia cały czas wypytywał ją o szczegóły dotyczące nowo poznanych dam, nigdy nie poznając prawdziwego źródła ich dochodów (żebranie i prostytucja). Spotkał się ze zdecydowaną odmową, gdy zapytał pewnego dnia, czy zdaniem de la Pommeraye jej przyjaciółki przyjęłyby pomoc. To jeszcze bardziej go zaintrygowało. Nie ustawał w zbieraniu nowych informacji na temat kobiet, szukając sposobu, by bliżej poznać pannę Duqesnoi.

Niespodziewanie des Arcis dosłownie zapadł się pod ziemię na cały miesiąc. Po powrocie wręcz błagał żonę, aby zaaranżowała spotkanie ze swoimi dwiema przyjaciółkami. Nie wzbudzając najmniejszych podejrzeń nabieranego mężczyzny, bohaterka w końcu zaprosiła wszystkich zainteresowanych na obiad.

Margrabia był wniebowzięty. Jego fascynacja została jeszcze podsycona spotkaniem. Kolejne tygodnie upłynęły mu na obsypywaniu panny Dusqenoi rozmaitymi upominkami. Jego motywacja nie była czysta: nie kochał dziewczyny, pragnął jedynie pozbawić ją cnoty. Ten cel determinował jego czyny, skażone niecnym zamiarem. Posunął się nawet do czegoś tak karygodnego, jak przekupienie księdza, aby ten podczas spowiedzi przekonał dziewczynę do oddania się starszemu rozwodnikowi.

Wszystkie działania margrabiego spotykały się ze ścianą sprzeciwu kobiet. Za wstrzemięźliwością rzekomej dziewicy stała pani de la Pommeray, zabraniając za każdym razem przyjmowania prezentów męża:
„Trzy panie odbyły naradę. Matka i córka skłonne były przyjąć, ale nie odpowiadało to zgoła planom pani de La Pommeraye. Przypomniała im uroczyste przyrzeczenie, zagroziła wyjawieniem wszystkiego. Z żalem naszych pobożniś trzeba było zdjąć z uszu kolczyki tak pięknie zdobiące młodą twarzyczkę; puzdro i list odesłano z powrotem z odpowiedzią pełną dumy i oburzenia”.


Zrezygnowany i rozwścieczony margrabia wyjechał na dwa tygodnie na wieś. Podjął tam ważną decyzję – był gotowy poślubić młodą dziewicę. Gdy wyznał to byłej żonie, ta skutecznie udawała sceptycyzm i starała się odradzić mu decyzję o ponownym ślubie. Powtarzała, że powinien najpierw poznać przeszłość wybranki i jeszcze raz wszystko przemyśleć. Mężczyzna obiecał wstrzymać przez pewien czas przed oświadczynami, jednak gdy nadszedł wyznaczony termin, nie zmienił zdania.

Nazajutrz po ślubie pani de la Pommeraye wezwała margrabiego i wyjawiła mu całą intrygę ze szczegółami:
„Margrabio – rzekła – poznaj mnie wreszcie. Gdyby inne kobiety umiały się cenić na tyle, aby tak jak ja odczuwać obrazę, mniej byłoby na świecie mężczyzn podobnych tobie. Zdobyłeś uczciwą kobietę i nie umiałeś jej uszanować: ta kobieta to ja; zemściła się dając ci zaślubić inną, godniejszą ciebie. Wyszedłszy stąd udaj się na ulicę Traversiere do Hamburskiego Hotelu, gdzie możesz zasięgnąć wiadomości, jakie brudne rzemiosło żona twoja i świekra praktykowały przez dziesiątek lat pod nazwiskiem d’Aisnon”.


Zagniewany mężczyzna wyjechał. Nie mógł jednak długo złościć się na swoją żonę, ponieważ uświadomił sobie, że jest szczęśliwy w nowym małżeństwie. Wybaczył jej kłamstwa:
„przebaczyłem ci, nawet w chwili oburzenia uszanowałem w tobie moją żonę. Nie padło z ust mych ani jedno słowo, które by ją mogło upokorzyć, a jeśli padło, żałuję go. Przysięgam, iż żona moja nie usłyszy nic, co by ją poniżało, jeżeli będzie pamiętać, iż nieszczęście, w jakie wtrąci małżonka, jest jej własnym. Bądź zacna, bądź szczęśliwa i spraw, abym ja nim był”.


Pan Desglandas



Można pokusić się o stwierdzenie, że Kubuś zawdzięczał swoje życie przyjacielowi Pana, panu Desglandas. Gdyby nie pomoc tego zamożnego człowieka, sługa zapewne zostałby wypędzony przez chirurga z jego domu, ponieważ nie miałby już mu z czego opłacić opieki:
„Człowiek, któremu tyle zawdzięczam, który wydobył mnie ze szponów chirurga, w chwili gdy, bez grosza, nie wiedziałem, co z sobą począć!”.


Dzięki pomocy wrażliwego magnata Kubuś poznał miłość swego, piękną Dyzię. Dowiedziawszy się od swej służącej Joanny o rannym człowieku, który oddał jej swoje całe oszczędności, bogacz zapragnął poznać owego szczodrego jegomościa. Zaprosił go do swego zamku Miremont i zaoferował pomoc i opiekę.

Choć swój obszerny majątek Desglandas zawdzięczał grze, wyżej cenił miłość niż hazard. Oddał swoje serce kobiecie miłującej się w sensacji, określanej mianem upartej dziwaczki. Pewnego dnia postawiła mu ultimatum: albo ona, albo gra:
„Albo cenisz mnie wyżej niż grę, zatem daj słowo honoru, że nie będziesz grał nigdy; albo też grę przedkładasz nade mnie, w takim razie nie mów mi nigdy o swej miłości i graj, ile ci się podoba...”.


Mężczyzna dał słowo honoru, że już nigdy nie będzie grał. Trzymał się tego postanowienia mniej więcej dziesięć lat, aż do momentu przypadkowego spotkania jednego z dawnych kompanów zielonego stolika. Ten zaciągnął go na obiad do podejrzanego miejsca, w którym po kilku godzinach magnat przegrał wszystko, co posiadał.

Partnerka bankruta była nieubłagana: jako osoba bogata wyznaczyła Desglandsowi skromną pensyjkę i rozstała się z nim na zawsze.

Po jakimś czasie mężczyzna zakochał się w mieszkającej w sąsiedztwie uroczej wdowie. Pan opisał ją jako:
„Stateczną rozumem, rozwiązłą temperamentem, żałującą nazajutrz głupstwa popełnionego wczoraj, spędzającą całe życie przechodząc od rozkoszy do wyrzutów i od wyrzutów do rozkoszy, przy czym nigdy nie udało się wyrzutom zdławić chętki życia”.


Nie można było nazwać jej kobietą cnotliwą, ale każdy przyznawał, iż trudno spotkać zacniejszą i uczciwszą. Chętnie dzieliła się swoim majątkiem z biednymi, potrafiła prowadzić dowcipnie dysputy o religii i innych kwestiach życia.

strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 - 


Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij




  Dowiedz się więcej
1  Kubuś Fatalista i jego Pan - opracowanie