Kto jest winien upadkowi Rzeczypospolitej według Stanisława Staszica?
Temat i teza
Temat: Kto jest winien upadkowi Rzeczypospolitej według Stanisława Staszica?
Teza: Stanisław Staszic w Przestrogach dla Polski obarcza odpowiedzialnością za upadek państwa przede wszystkim szlachtę i magnatów, którzy dla własnych przywilejów poświęcili dobro ogółu - jednak pośredniej winy nie zdejmuje też z systemu prawnego, który przez wieki utrwalał ten stan rzeczy. Winę przypisuje nie jednostkom, lecz całej warstwie społecznej i jej mentalności.
Stanisław Staszic opublikował Przestrogi dla Polski w 1790 roku, w przededniu uchwalenia Konstytucji 3 maja, gdy Rzeczpospolita chyliła się ku upadkowi po pierwszym rozbiorze i stała w obliczu kolejnego. Traktat powstał jako krzyk alarmu skierowany do tych, którzy jeszcze mogli coś zmienić. Autor nie szuka winnych wśród obcych mocarstw - Rosji, Prus czy Austrii. Patrzy do wewnątrz. Jego diagnoza jest bezlitosna: Polska ginie z własnej ręki, a rękę tę dzierży szlachta i magnateria, które przez stulecia budowały swą potęgę kosztem państwa, mieszczan i chłopów.
Głównym oskarżonym w wywodzie Staszica jest magnateria. To ona - pisze autor wprost - zamieniła Rzeczpospolitą w prywatną schedę, którą zarządza wedle własnego widzimisię. Magnaci za pomocą liberum veto blokowali wszelkie reformy, kupowali posłów, utrzymywali prywatne wojska i prowadzili politykę zagraniczną na własny rachunek, często w jawnym porozumieniu z obcymi dworami. Staszic nazywa ich „panami" w najgorszym sensie tego słowa - ludźmi, którym tytuły zastąpiły obowiązki. Dostrzega, że system, w którym jeden szlachcic mógł sparaliżować obrady sejmu, był wprost wymarzony dla magnatów: dawał im narzędzie blokady każdej ustawy, która mogłaby uszczuplić ich majątek lub wpływy. W ten sposób liberum veto przestało być prawem wolności, a stało się narzędziem anarchii.
Szlachta zaściankowa ponosi w oczach Staszica inny rodzaj winy. Nie tyle czynnie niszczyła państwo, co - uśpiona mitem szlacheckiej równości - pozwalała się manipulować. Autor z goryczą opisuje rzesze drobnych szlachciców, którzy na sejmikach głosowali zgodnie z wolą magnackich patronów, przekonani, że bronią złotej wolności, a w istocie byli pionkami w cudzej grze. Staszic nie oszczędza ich: wyśmiewa przesadny kult przywilejów stanowych i pogardę dla pracy, którą szlachta uznawała za coś podłego, godnego chłopa lub mieszczanina. Tymczasem to właśnie ta pogarda zamrażała gospodarkę i czyniła Polskę coraz słabszą wobec sąsiadów reformujących swoje państwa.
Można by postawić kontrargument: skoro upadek Rzeczypospolitej zbiegł się w czasie z ekspansywną polityką Rosji, Prus i Austrii, to prawdziwymi sprawcami katastrofy są ościenne mocarstwa, a nie polska szlachta. Staszic zna ten argument i odrzuca go - nie dlatego, że przeczy faktom, lecz dlatego, że uważa go za wymówkę. Sąsiedzi zawsze będą chcieli rozszerzać swoje wpływy; to prawo polityki. Ale zdrowe, zreformowane państwo z silną armią, sprawnym skarbem i lojalnymi obywatelami potrafiłoby im się oprzeć. Polska nie potrafiła, bo wewnętrzna słabość była zbyt głęboka. Obca ingerencja była możliwa właśnie dlatego, że magnaci sami zapraszali cudzoziemców do gry - szukając protektorów dla swoich stronnictw. Wróg zewnętrzny to efekt, nie przyczyna.
Staszic nie zatrzymuje się na diagnozie dotyczącej warstw uprzywilejowanych - sięga głębiej i wskazuje na wykluczenie chłopów i mieszczan jako na strukturalną przyczynę słabości państwa. Polska szlachta latami trzymała chłopa w pańszczyźnianej zależności, pozbawiając go jakiegokolwiek interesu w istnieniu Rzeczypospolitej. Człowiek, który nie ma własności, praw ani nadziei na awans, nie będzie umierał za państwo, które go uciska. Autor pisze dosłownie, że naród to nie tylko szlachta - naród to wszyscy mieszkańcy, a Polska zgubiła się, wyrzucając ze swojej wspólnoty większość własnych obywateli. Mieszczaństwo tymczasem było prawnie upośledzone, pozbawione dostępu do urzędów i kariery wojskowej, co hamowało rozwój miast i handlu - podstawy nowożytnej potęgi państw zachodnich.
Staszic w zakończeniu swoich rozważań nie oferuje pociechy ani rozgrzeszenia. Wina za upadek Rzeczypospolitej leży, według niego, po stronie tych, którzy mieli władzę i świadomość - szlachty i magnatów, którzy wiedzieli, co robią, i robili to mimo wszystko. Jego traktat czytany dziś brzmi jak sądowy akt oskarżenia: szczegółowy, udokumentowany, niepozostawiający złudzeń. Ale jest też czymś więcej - apelem, że narody nie giną wyłącznie od mieczów wrogów, lecz od własnej niezdolności do poświęcenia części interesu prywatnego na rzecz dobra wspólnego. Ta lekcja wykracza daleko poza rok 1790.
Shorty na maturę
