Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Po jej śmierci ojciec nie mógł sobie znaleźć miejsca, w głowie zaczęło mu się mieszać. Razem z Michałem potrafił przesiedzieć bez ruchu całe dnie w izbie, w milczeniu. Każdy z nich był nieobecny, w swoim świecie. Gdy Szymon wracał z pracy, nie wiedział co robić. Gotował, sprzątał, mył Michała, oporządzał inwentarz. Sąsiadki po śmierci matki trochę mu pomagały, ale krótko. Bohater nie miał na nic czasu, myślał nawet, aby zwolnić się z pracy, tylko pensji mu było szkoda stracić. Los sam zdecydował za niego.

Przed Wielkanocą w urzędzie gminy była kontrola z powiatu. Szymon jak co roku poszedł w czasie godzin pracy do kościoła ze święconką. Po powrocie rozłożył jajka na biurku i zaczął ucztować. Na nieszczęście w tym czasie przewodniczący Maślanka przyprowadził do jego pokoju kontrolera. Gdy usłyszał, że Szymek je święcone jajka, gość wpadł we wściekłość. Po tygodniu Maślanka zwolnił go z pracy, za powód podając pijaństwo, choć Szymek nie pił już tyle, co kiedyś. Wiedział, że powodem zwolnienia były święcone jajka.

Budowa grobu rodziny Pietruszków trwała kilka lat. Jednym z powodów był brak materiałów budowlanych. Gdy Chmiel chciał ruszyć z robotą, nie było na przykład cementu. Choć mówił Szymonowi, że może go kupić od złodzieja, on jednak nie chciał. Wolał iść do gminy i załatwić przydział na cement, co okazało się sprawą niezwykle skomplikowaną.

Od przewodniczącego Maślanki usłyszał, że może dostać cement, ale tylko na budowę domu, obory, na wycementowanie podwórka (bo był kaleką). Na grób nie było przydziału, nie było takich przepisów, a Maślanka nie zamierzał ryzykować utratą stanowiska, gdyż do emerytury brakowało mu tylko cztery lata, a i tak chcieli go wygryźć z pracy (nie miał żadnej szkoły).

Na osłodę poczęstował Szymka kawą i koniakiem, gdyż nie widzieli się kilka lat. W końcu wypisał mu zlecenie na zakup dziewięciu metrów cementu, kazał je wziąć z przydziału na budowę mleczarni, czyli ponownie udowodnił, że ma głowę do „interesów”.

Małgorzata już nie pracowała w gminie. Przeniosła się do miasta, podobno wyszła za mąż. Narrator wspominał, jak pewnego dnia przyszła wystrojona do domu Pietruszków. Usłyszawszy od matki Szymka, że śpi on pijany, prosiła, aby go od niej pozdrowić. Pietruszka nie przejął się tym za bardzo, ponieważ po pamiętnej strażackiej zabawie w lesie dał sobie z nią spokój.

Mimo iż unikał jej jak tylko się dało, ona zaczęła przychodzić podczas pracy do jego pokoju, prosiła, aby jej pomógł wypisać zaległe kwity, nieraz to trwało do późnej nocy. Z czasem chciała, aby ją odprowadzał do domu, a skoro mieszkała cztery kilometry od jego wsi, więc chodził z nią pokonując dziennie osiem kilometrów. Wspominał na starość, że wychodził się wtedy za wszystkie czasy.

Później Małgorzata zaczęła go zapraszać do domu. Mieszkała z rodzicami i była jedynaczką (jej brat umarł na suchoty). Szymon spodobał się jej ojcu i matce. Byli zadowoleni z przyszłego zięcia, długo u nich przesiadywał. Lubił obserwować, jak Małgorzata krzątała się po domu. Była dobrą kucharką, ciągle sprzątała, co zapowiadało z niej zaradną gospodynię. Z drugiej jednak strony było w niej coś, co nie dawało Szymkowi spokoju. Gdy czasami zgadzała się, żeby ją pocałował i on się nachylał, rozmyślała się. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie trwało przez rok. Była jedyną dziewczyną, z którą chodził tak długo i której jeszcze nie „zdobył”.

Pewnego razu, gdy rodzice Małgorzaty pojechali na wesele, oni zostali w domu sami i kochali się pierwszy raz. Po tym wydarzeniu kobieta zaczęła się zachowywać jeszcze dziwaczniej. W pracy unikała Szymka, choć wcześniej nie dawała mu spokoju... Myślał, że może jest zawstydzona tym co zaszło między nimi. Gdy wyjechała na urlop do kuzynki, do miasta, wtedy postanowił, że na Boże Narodzenie oświadczy się jej. Nie chciał już zwlekać z tą życiową decyzją: ona była młoda, on był już starym kawalerem.

Gdy wróciła z urlopu wyznała, że była z nim w ciąży, którą usunęła. Obiecała, że będą mieli dzieci, tylko później. Wtedy Szymon wpadł we wściekłość, powtarzał, że zabiła jego dziecko, nawet posunął się do pobicia jej i zostawienia na drodze mimo iż błagała, aby jej wybaczył. Nie potrafił tego zrobić. Dla niego Małgorzata przestała istnieć.

Po tej kłótni Szymek upił się. Nie mógł sobie znaleźć miejsca, więc poszedł do sklepu, w którym pracowała Kaśka – dziewczyna mająca na swoim koncie wiele romansów, nawet z przypadkowymi mężczyznami, otoczona złą sławą, częsty obiekt wyzwisk wiejskich kobiet. Bohaterka szczególną słabość miała do Szymka. Gdy po roku zjawił się u niej w sklepie (przez 12 miesięcy był zajęty Małgośką), przyjęła go z otwartymi ramionami, pocieszała go. Została jego kochanką. Powtarzała, że spośród wszystkich mężczyzn on był jej najlepszym partnerem (miała w czym porównywać), że zrobiłaby dla niego wszystko, poszłaby w ogień, gdyby zechciał ją za żonę.

VIII.CHLEB

Na wiosnę trzeba było pługiem orać ziemię. Ojciec Szymka zawsze w pierwszą skibę wkładał najpierw kromkę chleba, którą przechowywano aż z Wigilii, odkrojoną z pierwszego bochenka chleba.

Pietruszka chleb trzymał w stodole, na bontach, wysoko, aby miał przewiew i nie pleśniał. Od bochenka zawsze zaczynali postnik. Matka robiła na nim znak krzyża, kroiła wielką kromkę do ziemi, a potem każdemu według starszeństwa: dziadkom, ojcu, synom, na końcu sobie. Ojciec zawijał pierwszą kromkę w białą szmatkę, wsadzał pod krokiew na strychu i leżała tam aż do wiosny, gdy odwijał ją, kładł na skibie ziemi. Potem na czepiegach kładł ręce synów (każdego według starszeństwa), potem swoje, w końcu zaczynał orać pole.

Czasami gdy przynosił ostatni bochenek ze stodoły, a wiosna była jeszcze daleko, nie mogli go nawet dotknąć. Bywało, że tygodniami nie jedli chleba - dopiero na Wielkanoc, bo matka zawsze przechowała trochę mąki, aby upiec Wielkanocny chleb.

Szymon zapamiętał z dzieciństwa szczególnie jeden rok, gdy nie padało całą wiosnę, a od lata do jesieni lał deszcz. Wtedy ludzie bali się, żeby rzeka nie wylała z koryta. W deszczu, w błocie zbierali z pól, co się dało i składowali na zimę. Tamtego roku ojciec narratora zebrał tylko trzy fury kartofli, odłożył trochę żyta na następny siew, z reszty po przemiale mieli tylko pół worka mąki, więc chleba napieczono tylko na miesiąc. Wtedy całą zimę jedli kartofle. Rano był żur z kartoflami, na obiad kartoflanka, na kolację kartofle pieczone w popielniku z solą. Ojciec musiał sprzedać jałówkę, aby móc zapłacić podatki w gminie. Była bieda, a żyli jeszcze dziadkowie. Seniorzy spali w komorze po drugiej stronie sieni. Ojciec złościł się na dziadka z byle przyczyny: o to, że deszcz padał, że topola się przewróciła i uszkodziła stodołę, a najwięcej o papiery, które kiedyś zakopał i nie pamiętał gdzie. Ale, jak wspominał Szymek, dziadek był dobrym człowiekiem, nigdy na nic się nie skarżył.

W tamtą zimę Pietruszka ukradł kromkę chleba ze strychu, która była przeznaczona do odsiewu, do pierwszej skiby ziemi. Zjadł ją i zasnął szczęśliwy. Gdy ojciec odkrył, co zrobił, z krzykiem zawlókł go pod stodołę, na szyi powiesił łańcuch krzycząc, że go udusi. Wpadł w szał i chyba spełniłby swą groźbę, gdyby nie słowa matki: Nie ma takiej winy żeby jej swojemu dziecku nie przebaczyć (…) A to twoje dziecko, złe czy dobre ale twoje. Wówczas ojciec oprzytomniał, puścił syna, potem klęknął na ziemi i powstrzymywał łzy.

Za ten zły uczynek Szymek poszedł z matką na pielgrzymkę w ramach pokuty. Dużo ludzi ze wsi i okolic im towarzyszyło. Ksiądz, organista, kościelny Franciszek nieśli obraz Matki Boskiej. Szli od świtu do wieczora, z dwoma przerwami na posiłek i odpoczynek. Spali po wsiach i lasach. Podróżowali w kurzu, ale ze śpiewem kościelnych pieśni na ustach. Szymkowi szczególnie w pamięci utkwiło wspomnienie żwirowej drogi pod Kawęczynem, po obu stronach której rosły akacje.

Po kilku latach przypomniał sobie tę żwirówkę. Był wtedy partyzantem. Szedł po niej ze swym oddziałem do wsi Maruszew, dwie mile od Kawęczyna. Niedaleko wsi był dwór dziedzica. Mieścina otoczona była z czterech stron gęstymi lasami. Prowadziła do niej tylko jedna polna droga, po której często chodzili żołnierze, by oprać się w płynącej niedaleko rzece. We wsi panował spokój, mogli pomieszkiwać po chałupach, zawsze jednak rozstawiali czujki, mimo iż dotychczas nigdy się w niej nie pokazali Niemcy.

Aż do pewnego dnia… Jako że do wsi nikt nie przychodził, nikt z niej także nie wychodził, więc ktoś z oddziału musiał ich wydać Niemcom. Pewnego ranka zostali otoczeni, rozpętała się strzelanina, jedna trzecia oddziału partyzantów zginęła. Szymon był ranny, ale zdążył dać rozkaz do odwrotu i żywi uciekli w las. Jak się później okazało, Pietruszka dostał dwie kule w bok, trzecią w brzuch – na szczęście obie nie były głębokie.

Koledzy ukryli go na plebani w Płochcicach. Po paru miesiącach, gdy wyzdrowiał, ruszył pieszo do domu, do którego miał sześćdziesiąt kilometrów. Czasami ktoś go podwiózł. Musiał zobaczyć się z matką, powiedzieć, że nie zginął. Gdy w końcu dotarł do domu, na jego widok kobieta popłakała się ze szczęścia. Powiedziała, że był u nich Michał, że szukał Szymona, ponieważ chciał z nim koniecznie porozmawiać.

Wtedy w Maruszewie Niemcy wyłapali i powiesili na akacjach, które rosły wzdłuż drogi żwirowej rannych partyzantów i wszystkich chłopów ze wsi. Powrozy wzięli od dziedzicowych krów. Ludzie trzy dni tak wisieli. Sołtys miał zakaz ich zdejmowania. Ręce mieli powiązane drutem kolczastym, a stopy bose.

Ich los podzielił także dziedzic. Niemcy zajechali do dworu dwudziestoma autami. Chcieli przejechać przez piękną i zabytkową bramę (miała dwa wysokie słupy złączone u góry sklepieniem, odrzwia kute z żelaza, na nich wykute lilie i winorośl), stojącą od strony drogi akacjowej, lecz nie mogli jej staranować. Mimo wysiłków nawet nie drgnęła. Gdy przybiegł służący, okazało się, że nie może przekręcić klucza w zardzewiałym zamku. Został zastrzelony. W końcu dziedzicowi udało się otworzyć bramę, na której kilka chwil później zawisnął. Kiedy w końcu ludzie zdjęli jego ciało z bramy, ktoś ją ponownie zamknął, a klucz zaginął.

Po wojnie dziedzicowe pola zostały podzielone w ramach reformy między ludzi, pałac oraz ogrodzenie rozebrano, drzewa z parku wycięto na opał. Po pięknym dworze nic nie zostało, tylko ta zamknięta brama, która stała przez długie lata w szczerym polu. Kiedyś nawet próbowano ją usunąć, albo chociaż otworzyć, lecz nie udało się to - nawet nie drgnęła, tak mocno trzymała się ziemi. Do dzisiaj turyści robią sobie przy niej zdjęcia, a jej historię przekazują dalej.

IX.BRAMA

Szymon, leżąc jeszcze w szpitalu postanowił, że wybuduje grób. Myślał też o postawieniu bramy do niego, takiej samej, która stała w polach po dworze dziedzica, tylko mniejszej. Ale zrezygnował z tego pomysłu dochodząc do wniosku, że ludzie we wsi śmieliby się z niego, że do podwórka nie ma bramy, a na cmentarzu sobie stawia.

strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 - 


Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij




  Dowiedz się więcej
1  Kamień na kamieniu - opracowanie