Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Helena została uratowana!

Rozdział XXIII

Po odnalezieniu Heleny trójka przyjaciół pospiesznie opuściła Czortowy Jar: „uciekali tak śpiesznie, że gdy księżyc wytoczył się na step byli już w okolicach Studenki za Waładynką”. Napotkanym Kozakom pokazywali otrzymany od Kozaka Burłaja, któremu wcześniej wmówili, że są ludźmi Bohuna, piernicz – znak przepustki.

Gdy zatrzymali się przed Płoskirowem, Zagłoba pojechał do miasta po konie, gdzie zobaczył… Bohuna! Żołnierze wywnioskowali, że ten, któremu Rzędzian wydał wcześniej Kozaka, wypuścił go na złość swojemu wrogowi Skrzetuskiemu. Dalsza podróż obfitowała w strach oraz pragnienie znalezienia się już w Zbarażu.

Pewnego dnia bohaterowie zauważyli uciekające wilki i sarny – znak nadchodzących Tatarów. Na nic zdało się zaciskanie lejców – po jakimś czasie gonił ich czambuł. Nadeszła ciężka chwila – Rzędzian wraz z Heleną nie przerwali ucieczki, a Wołodyjowski i Zagłoba zostali, by walczyć: „- Wstrzymamy pogoń. Nie ma innego dla kniaziówny ratunku”. Udało im się zabić trzech Tatarów i w porę się ukryć. Z kryjówki nasłuchiwali wystrzałów i walki oddziału Kuszla z czambułem.
Gdy pewne było, że Tatarzy ponieśli klęskę i rycerze wrócą do Zbaraża postanowili, że nie powiedzą Skrzetuskiemu o odbiciu Heleny – nie wiedzieli przecież, czy Rzędzianowi uda się uratować kniaziównę.

Rozdział XXIV

„W Zbarażu zastali pan Wołodyjowski i Zagłoba wszystkie wojska koronne, zgromadzone i na nieprzyjaciela czekające”, zaznaczające, że będą walczyć jedynie pod rozkazami księcia Wiśniowieckiego.

Gdy Zagłoba i Wołodyjowski spotkali Skrzetuskiego, nie powiedzieli mu o odbiciu Heleny. Wszyscy razem czekali na przybycie Jeremiego.
Kilkudniowy deszcz i ukazanie się siedmiobarwnej tęczy na niebie wzięto za znak: „Wówczas otucha wstąpiła w serca. Rycerstwo wróciło do obozu i wstąpiło na śliskie wały, aby widokiem tęczy oczy weselić”. Jak się chwilę później kazało – była to słuszna interpretacja. Na horyzoncie ukazała się dywizja Wiśniowieckiego.
Za gestem jednego z regimentarzy - pana Lanckorońskiego, który oddał księciu swoją buławę, poszli inni dowódcy.
„Żołnierze mieli ogień w oczach. Serca rozpaliły się pragnieniem walki, dreszcz zapału przebiegał przez ciała. Starszyzna nawet podzielała ogólne uniesienie”.


Nazajutrz pod zamkiem pojawili się pierwsi Tatarzy i rozpoczęła się walka. Do wieczora wojska książęce musiały mierzyć się już nie tylko z nimi, lecz i z nadciągającymi siłami Chmielnickiego i chana. Przeciwnik liczył ponad kilkaset tysięcy ludzi, podczas gdy po polskiej stronie było zaledwie piętnaście tysięcy żołnierzy.

Ważnym epizodem w tej potyczce był gest Chmielnickiego. Otóż zawiadomił on Wiśniowieckiego, że następnego dnia będzie ucztować w zamku, książę odpisał mu, że biesiadę organizuje już tego wieczoru. „Jakoż w godzinę później zagrzmiały na wiwaty moździerze, wzniosły się radosne okrzyki - i wszystkie okna zamkowe zajaśniały od tysiąców świec jarzących” - złość Tatarów i Kozaków zdawała się nie mieć granic.

Nazajutrz, trzynastego lipca we wtorek, Chmielnicki natarł na zamek: „W tej chwili sześćdziesiąt armat kozackich ryknęło jednym głosem, nieprzejrzane zastępy ruszyły z krzykiem okropnym ku wałom - i szturm się rozpoczął”. Kozacki przywódca nie zdobył go jednak tak, jak zapewniał zeszłego wieczoru Tatarów, lecz po dwóch godzinach musiał zarządzić wycofanie się zdziesiątkowanych oddziałów. Ponowny atak także zakończył się niepowodzeniem, więc niestrudzeni Kozacy uderzyli jeszcze raz po półgodzinie. I wtedy na okopie pojawił się sam książę Wiśniowiecki!
„I stojąc na okopie wśród krwawych świateł wydawał im się ten groźny książę jakby olbrzym z baśni ludowej, więc drżenie przebiegło im utrudzone członki, a ręce czyniły znaki krzyża... On stał ciągle.

Skinął złotą buławą - i wnet złowrogie ptactwo granatów zaszumiało na niebie i wpadło w następujące szeregi; zastępy zwinęły się jak smok śmiertelnie rażony; okrzyk przerażenia przeleciał z jednego końca ławy na drugi” - wystraszeni tym widokiem mołojcy dali się pokonać sprytnie wykorzystującej moment zaskoczenia husarskiej chorągwi. Straty wroga były ogromne: ciężko raniony przez Skrzetuskiego Tuhaj-bej, rozbite przez Longinusa czworoboki janczarów, przetrzebione oddziały Tatarów i zdziesiątkowane Kozaków. „Tak skończyło się pierwsze spotkanie straszliwego „Jaremy” z Chmielnickim”.


Nie wszędzie jednak Polacy radzili sobie tak samo. Po drugiej stronie obozu Burłaj prawie przerwał obronę, lecz w porę uniemożliwiła to husaria oraz Zagłoba, który pokonał Kozaka.

Zrozpaczony Chmielnicki nie marzył o niczym innym, niż o utopieniu swojej klęski w alkoholu. Bał się nie tylko ponownego ataku Wiśniowieckiego, ale i gniewu upokorzonego chana. Przecież jeszcze zeszłego wieczoru na pytanie przyglądającego się ucztującym Tuhaj-beja: „- Jutro to moje?”, bez zastanowienia odpowiedział: „- Jutro tamci pomrą”.

Rozdział XXV

Nazajutrz w polskim obozie stał już nowy wał obronny, a Zagłoba – jak to miał w zwyczaju – powiadał wszystkim wkoło, jak to pokonał Burłaja:
„otóż pan Podbipięta z Myszykiszek zdusił owego Pułjana, a ja Burłaja. Nie zmilczę wszelako waćpaństwu, że oddałbym tamtych wszystkich ze jednego Burłaja i że pono najcięższą miałem robotę. Diabeł to był, nie Kozak, co? Żebym tak miał synów legitime natos, piękne bym im imię zostawił. Ciekawym tylko, co król jegomość i sejmy na to powiedzą, jak nas nagrodzą, nas, którzy się siarką i saletrą więcej niż czym innym żywimy”.

Tego samego dnia Chmielnicki rozpoczął regularne oblężenie:
„Kozacy również nie próżnowali od czasu ostatniego szturmu, ale sypali szańce, zaciągali na nie działa tak długie i donośne, jakich nie było w polskim obozie, porozpoczynali poprzeczne, wężowato idące fosy, aprosze; z daleka wydawały się te nasypy jak tysiące olbrzymich kretowisk. Cała pochyła równina była nimi pokryta, świeżo skopana ziemia czerniła się wszędzie między zielonością - i wszędy mrowiło się od pracującego ludu. Na pierwszych wałach migotały także krasne czapki mołojców”.

Odkąd obóz księcia Wiśniowieckiego otoczyły szańce i podkopy, Kozacy co jakiś czas przystępowali do szturmu – na szczęście zakończone klęską.

Gdy pewnej nocy rozpętała się burza, książę posłał Skrzetuskiego i starostę krasnostawskiego na zwiady. Wraz z wymiennymi na tą niebezpieczną misję wyruszyli także Zagłoba oraz Wołodyjowski. Bohaterom udało się zdobyć szaniec wroga, podpalić jego działa, a Podbipięta w końcu wykorzystał swoją nadludzką siłę – rozbił ruchomą wieżę, rzucając w nią ogromnym głazem:
„Czterech najtęższych z ludu mocarzy nie ruszyłoby go z miejsca, lecz on kołysał nim w potężnych rękach - i tylko przy świetle maźnic widać było, że krew wystąpiła mu na twarz. Rycerze oniemieli z podziwu.
- To Herkules! niechże go kule biją! - wołali wznosząc ręce do góry”.


Niestety, w drodze powrotnej do obozu Wołodyjowski i Longinus zaginęli. Gdy żołnierze zawrócili im z pomocą ujrzeli, jak dzielni rycerze cofali się przed nadciągającymi Kozakami:
„Obaj głowy mieli zwrócone ku goniącym ich na kształt zgrai psów mołojcom
Przy czerwonej łunie pożaru widać było całą gonitwę doskonale. Rzekłbyś: olbrzymia łosza uchodzi przed gromadą strzelców ze swoim małym, gotowa w każdej chwili rzucić się na napastników”.


Rozdział XXVI

Kozacy przegrywali. Nie potrafili przebić się przez obronę polskich oddziałów, które, choć z dnia na dzień były mniej liczne, to jednak gotowe dla swojego wodza oddać życie:
„Żołnierz rozkochał się w swym wodzu, w niebezpieczeństwach, w szturmach, w ranach i śmierci. Jakaś egzaltacja bohaterska ogarnęła dusze; serca stały się harde, umysły „zatwardziły się”. Okropność stała się dla nich rozkoszą. Rozmaite chorągwie prześcigały się wzajem w służbie, w wytrwałości na głód, bezsenność, pracę, w męstwie i zaciekłości. Przyszło do tego, że trudno było żołnierzy utrzymać na wałach, bo nie poprzestając na obronie darli się do nieprzyjaciela jak rozwścieczeni z głodu wilcy do owczarni. We wszystkich pułkach panowała jakaś dzika wesołość. Kto by wspomniał o poddaniu, rozerwano by go w mgnieniu oka na sztuki. „Tu umierać chcemy!” - powtarzały wszystkie usta”.


24 lipca Kozacy wyszli z propozycją rozejmu. Szczegóły przedstawili Zaćwilichowskiemu, który jako wysłannik księcia pojechał do ich obozu. Niestety, warunki Chmielnickiego okazały się nie do przyjęcia i tego samego wieczoru husarzy odparli kolejny szturm.
Oblężenie trwało dalej, „Nazajutrz o zorzy nowa strzelanina, wkopywanie się w wały - i całodzienna bitwa na cepy, kosy, ośniki, szable, kamienie i bryły ziemi”.

Rozdział XXVII

„Chorągwie pancerne książęce były tej nocy na pieszej służbie w obozie, więc pan Skrzetuski, pan Podbipięta, mały rycerz i pan Zagłoba na okopie, szepcąc ze sobą z cicha, w przerwach rozmowy wsłuchiwali się w szum deszczu padającego w fosę”.
Rozmowę przerwał nagły gest Wołodyjowskiego, który usłyszał kroki dochodzące zza wału. Po ostrzeżeniu kompanów i księcia, wszyscy w skupieniu czekali na kolejny atak.

strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 -  - 6 -  - 7 -  - 8 -  - 9 -  - 10 - 


Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


dla: Kulturalna Polska klp.pl

  Dowiedz się więcej
1  Streszczenie „Ogniem i mieczem” w pigułce
2  Charakterystyka bohaterów „Ogniem i mieczem”
3  Motywy literackie w „Ogniem i mieczem”



Streszczenia książek
Tagi: