adplus-dvertising
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Warto w tym momencie wspomnieć o kolejnej cesze idealnego rycerza, który zawsze jest skory do niesienia pomocy potrzebującym. Los chciał, że Jan wybawił z opresji przyszłego dowódcę kozackiej rebelii, ale przecież nie mógł wówczas tego wiedzieć. Ani przez moment nie zastanawiał się również widząc dwie kobiety będące w potrzebie. Wraz z kompanami pomógł kniahini i Helenie, kiedy ich powóz ugrzązł w błocie. Z tą sytuacją bezpośrednio wiąże się kolejna cecha rycerza idealnego.

Chodzi tu mianowicie o fakt, iż każdy reprezentant tego stanu winien mieć wybrankę serca, której ślubuje wierność. Skrzetuski bez pamięci zakochał się w Helenie, którą wcześniej wybawił z opresji. Jak przystało na prawdziwego rycerza, był gotów oddać za ukochaną własne życie, a w obronie jej honoru gotów był stoczyć bój z każdym. Tęsknota za Heleną była potężna, ale nie odwracała jego uwagi od najważniejszej powinności, czyli walki o dobro i bezpieczeństwo ojczyzny.

Skrzetuski, jak na prawdziwego rycerza przystało, ponad wszystko kochał ojczyznę i swojego pana. Jeremi Wiśniowiecki, u którego służył, był człowiekiem srogim i bezkompromisowym, lecz Jan był mu wierny w każdej sytuacji. Uważał go za swojego zwierzchnika i nigdy nie odważył się nie wypełnić jego rozkazu.

Skrzetuski był także człowiekiem bardzo religijnym. Wielokrotnie widzimy go gorliwie modlącego się. To również wpisuje się w zachodnioeuropejski kanon rycerski. Można także powiedzieć, że, sprzeciwiając się ordom Kozaków i Tatarów, Jan stawał po stronie chrześcijaństwa w walce z pogaństwem i islamem. W ten sposób bohater Sienkiewicza przypominał znanych ze średniowiecza krzyżowców. Pamiętając, że w średniowieczu rycerze byli często opisywani jako święci, można powiedzieć, iż w podobny sposób przedstawiany jest Skrzetuski. Doskonałym tego przykładem może być niepozorna scena, w której Jan kładzie się spać:
„Reszta nocy zeszła Skrzetuskiemu na pisaniu listów i żarliwej modlitwie, po której zaraz przyleciał do niego anioł uspokojenia”.
Jasnym jest, że Sienkiewiczowi nie chodziło o prawdziwego anioła, lecz o sen, jednak scena ta jest niezwykle wymowna i symboliczna.

Doskonały rycerz charakteryzował się również poszanowaniem dla przeciwnika. Skrzetuski nie raz udowodnił, że uważa Bohuna za równego sobie. Był pełen uznania dla jego szermierczych umiejętności, sprytu i hartu ducha. Do tego stopnia darzył rywala szacunkiem, iż po zakończeniu działań wojennych, kiedy miał do tego okazję, darował mu wolność. Najbliższe otoczenie rycerza nie mogło tego pojąć, większość kompanów zalecała, by Jan uczynił z Kozaka swojego podwładnego. Skrzetuski jednak odparł:
„Z pewnością tego nie uczynię (…). Wielkiej to jest fantazji żołnierz, a że nieszczęsny, tym bardziej go żadną chłopską funkcją nie pohańbię”.
Co więcej, zabronił komukolwiek źle się wyrażać o Kozaku.

Charakterystyka Zagłoby


Według Bolesława Prusa „wielka figura, najznakomitsza w powieści, lecz nierealna”, posiadająca cechy dwóch olbrzymów: „Szekspirowskiego Falstaffa i Homerowego Ulissesa”, według Kosmana „rzymski Żołnierz Samochwał Plauta” - bez wątpienia postać Jana Onufrego Zagłoby należy do najbardziej rozpoznawalnych w całej polskiej literaturze. Pojawia się on we wszystkich częściach Trylogii, za każdym razem odgrywając ważną rolę. Dzięki Zagłobie na kartach cyklu pojawia się przede wszystkim wspaniały humor, który niejako równoważy powagę, a nierzadko tragiczność, opisywanych przez Sienkiewicza wydarzeń.

„Niestary, gruby, oczy miał jak u ryby, na jednym bielmo”
– tak najlepiej można określić wygląd szlachcica. Właściwie to poza tą krótką informacją nie można odnaleźć w „Ogniem i mieczem” dokładnego opisu wizerunku Zagłoby. Ze szczątkowych informacji dowiadujemy się jednak, iż zwykł on nosić na głowie rysi kołpaczek, poza tym, jego ubiór nie różnił się niczym od strojów ówczesnej szlachty. Wygląd zewnętrzny Jana powoduje, że możemy określić go postacią spójną, ponieważ doskonale odzwierciedla on jego charakter i usposobienie. Grubiutki szlachcic słynął z ciętego poczucia humoru, a przede wszystkim z zamiłowania do dobrego jedzenia i pitnego miodu.

Można powiedzieć, że był mitomanem. Już w pierwszej scenie czytelnik przekonał się o tym, iż Zagłoba często koloryzuje swój życiorys i przypisuje sobie dokonania, które nigdy nie miały miejsca. Oto w jaki sposób przedstawił się Skrzetuskiemu:
„Jan Zagłoba herbu Wczele, co każdy snadno poznać może choćby po onej dziurze, którą w czele kula rozbójnicka mi zrobiła; gdym się do Ziemi Świętej za grzechy młodości ofiarował”.
Szybko okazało się, że dziura w czole to ślad po kuflu, a w dodatku blizna ta nie powstała na Ziemi Świętej, ale w Radomiu w trakcie pijackiej awantury. Nigdy nie przepuszczał okazji, by pochwalić się jakimś wspaniałym wyczynem, którego w istocie nie dokonał, nawet Helenie próbował w ten sposób zaimponować: „Waćpanna nie wiesz, żem ja już w Galacie od Turków palmę otrzymał (…)”.

Zagłoba potrafił zjednywać sobie sojuszników nie tylko dlatego, że był idealnym kompanem do biesiad, ale dzięki umiejętności wkupywania się w łaski. Z tego powodu przyjaciela mieli w nim tacy wzajemni wrogowie jak Skrzetuski i Bohun (do czasu). Zagłoba doskonale wiedział, co trzeba powiedzieć, żeby przymilić się do drugiego człowieka, zwłaszcza, jeśli był on w jakiś sposób związany z magnaterią. Na widok Skrzetuskiego, namiestnika księcia Wiśniowieckiego, zawołał:
„Niech żyją wiśniowiecczycy! Tak młody, a już porucznik u księcia. Vivat książę Jeremi, hetman nad hetmany! Z księciem Jeremim pójdziemy na kraj świata! – Na Turków i Tatarów! – Do Stambułu! Niech żyje miłościwie nam panujący Władysław IV!”.

Zagłoba nie był człowiekiem o kryształowym sumieniu i godnej pochwały przeszłości. Można jedynie przypuszczać, że hulaszczy tryb życia wpędził go w nie lada tarapaty. Z wiadomych tylko sobie przyczyn obawiał się hetmanów i zawsze omijał ich obozy dalekim łukiem:
„Mógł się wprawdzie pan Zagłoba schronić i do obozu hetmanów, ale miał swoje powody, dla których tego nie czynił. Była-li to kondemnatka za jakie zabójstwo czy też mankamencik w księgach, on sam jeden tylko wiedział; dość, że nie chciał w oczy leźć”.
Dlatego też zamieszkiwał długie lata w Czehrynie, gdzie nikt nie zadawał mu trudnych pytań. Szybko wtopił się w nowe otoczenie i stał się ulubieńcem okolicznych szlachciców, ekonomów i starych Kozaków. Jak łatwo się domyślić, Zagłoba kolegował się z każdym, kto mógł postawić mu coś do picia:
„Pan Zagłoba był warchoł nie lada, ale jego warcholstwo miało pewną miarę. Hulać po karczmach czehryńskich z Bohunem i inną starszyzną kozacką, zwłaszcza za ich pieniądze – i owszem; wobec gróźb kozackich dobrze nawet było takich ludzi mieć przyjaciółmi”.

Przede wszystkim Zagłoba był lubiany za swoje poczucie humoru. Niemalże każda jego wypowiedź w powieści wydaje się być zabawna. Często z jego ust padają kąśliwe i złośliwe komentarza na temat opisywanych wydarzeń lub też osób biorących w nich udział. Zagłoba w charakterystyczny dla siebie sposób szczególnie często naśmiewał się z Podbipięty: „Bo Bóg jest sprawiedliwy (…). Waści na przykład dał wielką fortunę, wielki miecz i ciężką rękę, a za to mały dowcip”. Jego stosunek do Longinusa zasługuje na szczególna uwagę, ponieważ bohaterzy ci stanowili osobliwą parę. Jeden był niezwykle wysoki i chudy, a drugi korpulentny, jednego cechowała odwaga i waleczność, a drugiego raczej miganie się od walki, pierwszy był ucieleśnieniem skromności, drugi natomiast bałwochwalstwa. Jednak byli ze sobą bardzo zżyci. W pewnym sensie byli do siebie podobni: „(…) żyjąc w stanie bezżennym, własnych prawych potomków zostawić nie mogłem, a jeśli mam nieprawe, to są bisurmanami, bom w Turczech długo przebywał. Na mnie też kończy się ród Zagłobów herbu Wczele” – mówił Jan do Heleny.

Ciężko dokładnie powiedzieć, czy Zagłoba kiedykolwiek nie znajdował się pod wpływem alkoholu. Utrzymywał bowiem, że miód pitny na niego zbawienne działanie:
„Srogi miód, srogi, czuję, że mi ulżyło i żem się trochę pocieszył. Jakoż ulżyło panu Zagłobie rzeczywiście, w głowie mu pojaśniało, nabrał fantazji i widocznym było, że krew jego, podlana miodem, utworzyła on wyborny likwor, o którym sam powiadał, a od którego na całe ciało rozchodzi się męstwo i odwaga”.
Miód pitny był także źródłem mądrości Zagłoby:
„Pan Zagłoba wychylił kwartę miodu i rzekł:
- ...Sed jam nox humida coelo praecipitat,
Suadentque sidera cadentia somnos,
Sed si tantus amor casus cognoscere nostros,
Incipiam…”.


Brak odwagi, na trzeźwo, rekompensował sobie w inny sposób. Za każdym razem, kiedy znajdował się w opresji, starał się wymyślić jakiś fortel, by sprytem wywinąć się z trudnej sytuacji. Trzeba mu przyznać, że prawie zawsze mu się to udawało, a kiedy jego plan zawodził w sukurs przychodziło mu szczęście. Jednak kiedy dzięki własnemu intelektowi udało mu zwieść rywala, wówczas był z siebie dumny i zaraz szukał okazji, by się chwalić:
„A co? ma Zagłoba głowę na karku? Chytrym jak Ulisses i to muszę waćpannie powiedzieć, iż gdyby nie ta chytrość, dawno by mnie krucy zdziobali”.


Czasem jednak Zagłoba był zmuszony do tego, by stanąć z przeciwnikiem w otwartej walce. Wówczas przeważnie nachodził go strach i za wszelką cenę starał się wymigać od bitwy:
„Nie myśl waćpan, że ja się boję (…) ale mam krótki oddech i nie lubię tłoku, bo gorąco, a jak gorąco, to już nic po mnie. Bodaj to w pojedynkę sobie radzić! Człek przynajmniej fortelów może zażyć, a tu nic i po fortelach. Nie głowa, jeno ręce wygrywają. Tu ja głupi przy panu Podbipięcie. Mam na brzuchu te dwieście czerwonych złotych, co mi je książę darował, ale wierzaj mi waszmość, że brzuch wolałbym mieć gdzie indziej. Tfu! tfu! nie lubię ja tych wielkich bitew! Niech je zaraza tłucze!”.
Jednak wielokrotnie udowadniał, że nie jest byle tchórzem, lecz prawdziwym wojownikiem. Przeważnie zdawał się w walce na łut szczęścia: „Leciał tedy przymknąwszy oczy, a w głowie latały mu z błyskawicową szybkością myśli: »Na nic fortele! na nic fortele! głupi wygrywa, mądry ginie!«”. Jednak kiedy bardzo się zdenerwował, zaczynał kląć i ciąć szablą na wszystkie strony, „Czasem przecinał powietrze, a czasem czuł, iż ostrze mu grzęźnie w coś miękkiego. Jednocześnie czuł, że jeszcze żyje, i to dodawało mu nadzwyczajnie otuchy”.

Szczególnie wzruszający w „Ogniem i mieczem” jest moment, kiedy po śmierci Podbipięty, Zagłobę, jego serdecznego przyjaciela, ogarnął prawdziwy szał:
„(…) strach było na niego spojrzeć: na ustach miał pianę, twarz siną, oczy wyszły mu na wierzch. – Krwi! krwi! – ryknął tek strasznym głosem, że aż dreszcz przeszedł blisko stojących. I skoczył w fosę. Za nim rzucił się, kto był żyw na wałach. Żadna siła, nawet rozkazy książęce nie zdołałyby powstrzymać tego wybuchu wściekłości. Z fosy wydobywali się jedni na ramionach drugich, chwytali się rękoma i zębami za brzeg rowu - a kto wyskoczył, biegł na oślep, nie bacząc, czy inni biegną za nim. Beluardy zadymiły jak smolarnie i wstrząsły się od huku wystrzałów, ale nic to nie pomogło. Zagłoba leciał pierwszy, z szablą nad głową, straszny, wściekły, podobny do rozhukanego buhaja. (…) Pan Zagłoba szalał; rzucał się w największy tłum jak lwica, której zabrano lwięta; rzęził, chrapał, ciął, mordował, deptał!”.


Śmierć Longinusa bardzo dotknęła Zagłobę. Pokazał wówczas, że jest człowiekiem bardzo wrażliwym i oddanym przyjacielem. Do końca nie potrafił się pogodzić z utratą kompana: „W chwili gdy trumnę położono na sznurach, pana Zagłobę trudno było od niej oderwać, jakby mu brat albo ojciec umarł”.

Pierwowzorem tej barwnej postaci byli między innymi weteran powstania listopadowego kapitan Rudolf Korwin Pieorowski, poznany przez Sienkiewicza w czasie pobytu w Kalifornii (gdy powiedział mu o tym, że kiedyś go uwieczni, tez rzekł: „A bodaj ci się pysk skrzywił!”), teść pisarza z pierwszego małżeństwa, stary szlagon litewski Kazimierz Szetkiewicz (uczestnik powstania styczniowego) czy warszawski dziennikarz Władysław Olendzki, uczestnik powstania 1863 roku, służący pisarzowi zdaniem Kosmana
„pomocą w chwilach trudnych, jak choćby wtedy, kiedy ten nie wiedział, w jaki sposób uwolnić Zagłobę przywiązanego w chlewie do własnej szabli i oczekującego swego losu z ręki Bohuna. A uwolnić go musiał, więc podobno przez parę dni chodził wielce zafrasowany. Wówczas to Olendzki na własnym grzbiecie pokazał, jak to można uczynić: tyle tylko, iż szablę zastąpił kij”.


Charakterystyka Wołodyjowskiego


Michał Wołodyjowski nie jest bohaterem pierwszego planu w „Ogniem i mieczem”. Z całej czwórki przyjaciół, to jemu poświęcono w powieści najmniej miejsca, jednak Sienkiewicz wynagrodził mu to z nawiązką w ostatniej części Trylogii. Nie zmienia to jednak faktu, iż mały rycerz, jak często nazywana jest ta postać, zasługuje na uznanie i uwagę czytelnika.

Sienkiewicz w „Ogniem i mieczem” jedynie zarysował obraz pana Michała. Dotyczy to również wyglądu rycerza, o którym dowiadujemy się jedynie, że jest niski, szczupły, a jego znakiem rozpoznawczym są wąsiki podkręcone w górę tak, „że aż za nozdrza sięgały jak u chrabąszcza” oraz zadarty nos. Narrator powieści bardzo ciepło wypowiadał się o wyglądzie małego rycerza, a czasami nawet pieszczotliwie:
„Więc wspinał się na strzemionach, żółte wąsiki nad falę traw wytykał i patrzył, wietrzył, słuchał jak Tatar, kiedy to w Dzikich Polach wśród burzanów myszkuje”.


Aby jeszcze lepiej oddać charakter tej postaci Sienkiewicz kilkakrotnie przyrównuje ją do dzikiego kota: „(…) Wołodyjowski rzucił się jak ryś na środek gościńca (…)”, „(…) stojąc wraz z innymi nad samą fosą, przysłonił swe rysie oczy ręką i zakrzyknął (…)”, „(…) pan Michał skoczył jak żbik (…)”, „(…) mały rycerz zaś zerwał się jak dziki kot i całą niemal długością ostrza ciął straszliwie w odkrytą pierś Kozaka”, „Wołodyjowski podobny do rannego rysia”.

Wielokrotne przyrównywanie Wołodyjowskiego do drapieżnego kota miało na celu nie tyle odzwierciedlenie jego wyglądu, ale zwinności i szybkości, które były jego największymi zaletami na placu boju. Dzięki nim pan Michał był niedościgłym mistrzem fechtunku. Niezwykłe umiejętności szermiercze w połączeniu z niepozornym wyglądem, stanowiły śmiertelną dla wroga mieszankę, ponieważ znaczna część rywali małego rycerza była przekonana, że nie będzie wymagającym przeciwnikiem. Gdy spoglądał pod światło na ostrze szabli, a następnie poruszał żółtymi wąsikami i przyjmował pozycję do walki, jego oponenci byli niemalże rozbawieni. Jednak zawsze oznaczało to dla nich porażkę.

Pan Michał zdawał sobie sprawę z tego, że wielu przeciwników nie traktuje go poważnie i czasami wykorzystywał to dla zabawy. Ponieważ nade wszystko uwielbiał się pojedynkować, w „Ogniem i mieczem” widzimy go wędrującego z Zagłobą w poszukiwaniu awantur.
„Zaczepiali tylko co znamienitszych rębajłów, których sława była niezachwiana i ustalona”, a następnie prowokowali ich do pojedynku. Zazwyczaj pan Michał udawał ucznia Zagłoby, który prosił swojego mistrza o możliwość sprawdzenia swoich umiejętności. Rywal niemal zawsze zgadzał się na udzielenie „lekcji” młodzianowi, a wtedy pan Michał „puszczał się w taniec, a że istotnie mistrz to był nad mistrzami, więc po kilku złożeniach kładł zwykle przeciwnika”.


Niezwykła odwaga, a także pewność swoich umiejętności pozwalały Wołodyjowskiemu na wygranie pojedynku z każdym, nawet wyraźnie przewyższającym go przeciwnikiem. Swojego kunsztu dowiódł pan Michał w dwóch pojedynkach z samym Bohunem, chociaż na pierwszy rzut oka nie miał z nim szans:
„Ale jakże marnie wyglądał mały pan Michał przy rosłym i silnym atamanie! Prawie go nie było widać. Świadkowie z niepokojem spoglądali na szeroką pierś Kozaka, na olbrzymie muskuły widne spod zawiniętego rękawa, podobne do sęków i węzłów. Zdawało się, iż to mały kogucik staje do walki z potężnym jastrzębiem stepowym”.
Jednak dzięki wspomnianej już kociej zwinności i szybkości, to pan Michał był górą.

Wołodyjowski zrobił także wielką karierę wojskową. Waleczny rycerz stał na czele elitarnego oddziału dragonów, który siał popłoch na polach bitew. O jego umiejętnościach przywódczych przekonał się Zagłoba, kiedy obserwował jego poczynania:
„I dojrzał na koniec pan Zagłoba małego pana Wołodyjowskiego, jak stojąc wedle wrot na czele kilkunastu żołnierzy, głosem i buławą wydawał innym rozkazy, a niekiedy rzucał się na swym gniadym koniu w zamęt i wówczas ledwo się złożył, ledwie się zwrócił, już padał człowiek, nawet i nie wydawszy okrzyku. O, bo mistrz to był nad mistrzami mały pan Wołodyjowski! - i żołnierz z krwi i kości, więc bitwy nie tracił z oka, ale poprawiwszy tu i owdzie, znowu się wracał - i patrzył, i poprawiał, właśnie jak ów, który kapelą kierując, czasem sam zagra, czasem grać przestaje, a nad wszystkimi ustawicznie czuwa, by każdy swoje odegrał”.
Oddział dragonów składał się głównie z Rusinów, z których jednak pan Michał uczynił wybornych żołnierzy wiernych Rzeczypospolitej.

Tak samo jak walecznym, Wołodyjowski był człowiekiem bardzo kochliwym. Na kartach „Ogniem i mieczem” wzdycha niemal do wszystkich pięknych kobiet! Narrator mówi o nim nawet: „Odznaczał się ten kawaler tym, iż ustawicznie był zakochany”. Lista kobiet, do których wzdychał jest imponująca:
„Przekonawszy się o nieszczerości Anusi Borzobohatej, zwrócił był czułe serce ku Anieli Leńskiej, pannie również z fraucymeru, a gdy i ta przed miesiącem właśnie zaślubiła pana Staniszewskiego, wówczas Wołodyjowski dla pociechy jął wzdychać do starszej księżniczki Zbaraskiej, Anny, synowicy księcia Wiśniowieckiego”.
Podkochiwał się nawet w Helenie, a także w siostrze Anny – Barbarze. Niezwykła wrażliwość na kobiece wdzięki była największym mankamentem pana Michała. Zawsze zakochiwał się szybko i na krótko, przez co wciąż cierpiał i wzdychał.

Miłosne niespełnienie z czasem zaczęło wpychać go nawet w kompleksy. Przeważnie nie miał odwagi, by wyjawić swojej wybrance, co do niej czuje. Obawiał się, że narazi się na śmieszność. Dlatego też obserwował, jak inni mężczyźni sięgają po obiekty jego westchnień. Zdarzyło mu się także kilkakrotnie zostać wyśmianym. Czasami wydawało mu się, że jest „niezgrabny, głupi, a zwłaszcza, mały, ale to tak mały, że aż śmieszny”. Wówczas jednak zapewniał samego siebie, że gdyby tylko „się jaka przygoda zdarzyła, żeby z ciemności ukazał się jaki olbrzym, (…) wówczas pokazałby biedny pan Michał, że nie taki to on mały, jak się wydaje!”.

Chociaż był wspaniałym fechmistrzem i niezwykle walecznym wojownikiem, a podczas wielkich bitew czuł „radość w sercu”, „nie miał w sobie jednak ani na szeląg tej powagi, jaką np. w Skrzetuskim wyrobiły nieszczęścia i cierpienie”. Nie interesował się polityką, a jedynie „bił, kogo mu kazano”. Wołodyjowski nie działał w pełni świadomie, to znaczy nie rozumiał dokładnie, co dzieje się wokół niego. Jak mówi narrator:
„Był to słowem młodzik-wietrznik, który dostawszy się w szum stołeczny utonął w nim po uszy i przyczepił się jak oset do Zagłoby, bo ten był mu mistrzem w swawoli”.



strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 -  - 6 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij




dla: Kulturalna Polska klp.pl

  Dowiedz się więcej
1  Streszczenie szczegółowe „Ogniem i mieczem”
2  Motywy literackie w „Ogniem i mieczem”



Streszczenia książek
Tagi: