Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Gdy po kilku dniach jazdy bohaterowie wjechali w końcu do Raszkowa, oblali twarz nieprzytomnego Azji wodą i zapowiedzieli, że przyszedł na niego czas. Mellechowicz leżał na wznak, ręce miał okręcone słomą umazaną w smole i przywiązane nad głową do bala drzewa. Gdy poczuł, że kloc idzie pod jego plecami do dołu, wtedy już wiedział, co z nim zrobią.

Azja był od pasa do stóp rozebrany, między kolanami miał ostrze pala wymierzone w jego krocze, a przy nogach powrozy kończące się orczykiem zaprzężone do dwóch koni trzymanych przez bohaterów. Gdy Luśnia nożem otworzył mu zaciśniętą szczękę i wlał gorzałkę, usłyszał słowa Nowowiejskiego: „- Za to, coś uczynił, w męce zginiesz!”, a potem Luśni: ”I na panią podniosłeś rękę (…) na szczęście przeżyła”. Wiadomość o tym, że jego ukochana Baśka jest teraz u boku swojego męża tak zelektryzowała Azję, że nawet nie poczuł, jak pochylił się i chwycił jego biodra. Po chwili wachmistrz kazał koniom ruszać i zwierzęta pociągnęły sznury uwiązane do nóg Azji w przeciwnych kierunkach. W tym czasie Luśnia kierował biodrami wprost na ostrze pala, który wchodził w ciało Mellechowicza. Słychać było gruchot kości, „ciało darło się na dwie strony”, a mimo to dowodzący torturami kazał koniom zwolnić – chciał, by Azja dłużej cierpiał.

Mellechowicz rzęził, wisiał na palu, który go rozdarł, jego głowa zwisała bezwiednie, ale był przytomny. Czuł, jak obsuwał się na pal pod wpływem ciężaru ciała. W myślach prosił Boga, żeby jego męka skończyła się szybko i nie trwała – jako to było w licznych przypadkach – kilka dni.

W tym czasie dragoni podsadzili Luśnię do góry do jego twarzy. Po wspomnieniu, że „pani” wybiła mu jedno oko, wachmistrz włożył świder w drugie, zakręcił i szarpnął... Twarz Azji stawała się bielsza, teraz z obu oczodołów płynęła krew. Dragoni wygasili pochodnie, przedtem zapalając jego wzniesione ku górze i owinięte słomą w smole ręce i odjechali z Raszkowa do Jampola. Na wysokim palu Azja Tuhaj-bejowicz umierał jeszcze wiele godzin, a motyw jego tortur jest jednym z najbardziej drastycznych i wstrząsających w naszej rodzimej literaturze.

Motyw ucieczki przed oprawcą w „Panu Wołodyjowskim”


Motyw ucieczki przed oprawcą w „Panu Wołodyjowskim” jest ściśle powiązany z motywem porwania o dotyczy ucieczki Basi przez chcącym ją pojmać Azją.

Dynamizm opisów, mnogość przeszkód rzucanych Wołodyjowskiej przez złośliwy los czy jej stan, gdy w końcu dociera do domu sprawiają, że motyw ten jest jednym z najbardziej wiarygodnych w powieści.

Po przeciągnięciu Baśki przez Azję na jego koń, okryciu ją pocałunkami zaskoczona i przerażona bohaterka wyrwała się z rąk oprawcy, uderzyła go kościaną głownią pistoletu między oczy i zaczęła uciekać na swoim dzianecie na oślep. Pamiętała, że musi ominąć Jampol, Mohilowo, bo tam Azja zostawił Lipków, którzy złapią ją i odeślą do Raszkowa do swojego dowódcy.

Udało jej się pokonać morderczą drogę tylko dzięki temu, że była doświadczonym jeźdźcem: wiedziała, że musi dać wytchnąć koniu, jechała stępa. Basia była uparta i mocno dążyła do celu. Gdy dogonił ją bachmat Azji – na szczęście bez właściciela – wykazała się dużą przytomnością umysłu. Zawołała go do siebie, a on zbliżył się i pozwolił się złapać za uzdę. Wtedy zabrała umocowane przy siodle muszkiet, worek z kulami, róg z prochem i worek z siemieniem konopnym, który od tej pory stał się jej jedynym pożywieniem.

Wiedziała, że musi omijać ludzi, przez co groziło jej zabłądzenie. Raszkowo od Chreptiowa dzieliło 12 mil ukraińskich. Drogę tą pokonała w stronę pierwszego miasta w trzy dni, w których były dwa postoje na nocleg. Teraz zamierzała jechać bez postojów, by jeszcze szybciej znaleźć się ponownie w ramionach męża. Nie mogłaby wracać tym samym szlakiem, musiała krążyć stepami. Choć nadrabiała drogi i jechała przez bardziej niebezpieczne miejsca - leśne gąszcze, wyschnięte rzeki, niezamarznięte błota – to jednak dawało większe szanse na uniknięciu pościgu Lipków, którzy przecież znali te stepy na wylot, to oni ścigali Tatarów nawet, gdy końskie kopyta uciekinierów nie zostawiały śladów na śniegu. Wiedziała, że byli jak psy gończe.

Chwilami zatrzymywała się nasłuchując, ale przez większą drogę jechała szybko. Gdy konie chrapały z wysiłku, zatrzymywała się na chwilę i pozwalała, by ściekła im do końca piana z pysków.

W nocy bała się upiorów w okolicach Raszkowa i Jampola, o których nasłuchała się wieczornych opowieści od żołnierzy w Chreptiowie,
„o płomieniach błędnych, w których coś chrapało – o śmiejących się skałach – o bladych dzieciach „sysunach” z zielonymi oczyma i potwornej głowie, które prosiły, by je zabrać na koń, a zabrane poczynały wysysać krew – wreszcie o głowach bez kadłubów chodzących na pajęczych nogach”.
Cały czas żegnała się, dopóki nie bolała ją ręka.

Przejeżdżała przez równiny porośnięte lasem, przez chłodne, strome jary, przez zamarznięte strumienie i rzeczki płynące do Dniestru. Czasami lód pod nią i jej końmi puszczał i wtedy zwierzęta moczyły się do połowy brzucha, a ona miała nogi mokre do kolan. Gdy ogarnął ją sen i przenikliwe zimno powodowało, że miała skostniałe nogi, wtedy przymykała na chwile oczy, które zaraz otwierała ze strachu, że zaśnie i zamarznie. Nie robiła postojów, ruch koni ją rozgrzewał. Jej kompasem był Wielki Wóz.

Z każdym dniem mróz był większy. Z bólem serca patrzyła na zmordowane konie, które miały zapadnięte boki i gorączkę, przy każdej wodzie piły chciwie.

Pierwszych ludzi napotkała, gdy zatrzymała się przy stogu siana. Dwóch mężczyzn niosło chrust na plecach, jeden stary o zwierzęcym wyrazie twarzy, drugi obłąkany o nieprzytomnym wzroku, głupkowatym uśmiechu. Na jej widok stanęli zdziwieni, a ich oczy zaświeciły złowrogo. Wtedy Baśka uciekła, bała się, że pójdą po konie i będą ją ścigać, ale na szczęście przekonała się, że pościg nie ruszył. Wiedziała z opowiadań, że dawni osadnicy wynieśli się z pustyń, a ci, którzy pozostali „zdziczeli”.

Po pewnym czasie zrozumiała, że czarne punkty, które widziała na horyzoncie to watahy wilków. Nie miała już jednak siły na zmienianie kierunku drogi. Była tak wyczerpana, że zasypiała na kilkanaście sekund. Po przebudzeniu z takiej jednej drzemki dostrzegła, że jej koń uciekła. Uświadomiła sobie, że słabo zadzierzgnęła skostniałymi rękoma lejce od uzdy dzianeta do kuli kulbaki, na której siedziała. Gdy po chwili poszukiwań odnalazła go, okazało się, że dopadły i rozszarpały go wilki.

Na trzeci dzień ucieczki zaczęła marzyć, że Chreptiów jest już niedaleko. Nie wiedziała, gdzie się znajduje, była tylko pewna, że długo już nie wytrzyma. Bezsenność, głód, przeraźliwe zimno, skostniałe ciało, które teraz stało się rozpalone sprawiły, że powoli traciła siłę i wiarę w powodzenie swojej ucieczki.

Znowu przeprawiała się przez zamarznięte strumienie rzeki ze strachem, że pokrywa lodu pęknie. Jej najgorsze obawy ziściły się. Bachmat dostał się do lodowatej wody! Jeszcze zapierał się przednimi nogami chcąc się ratować, jednak tafle lodu wysuwały mu się spod nóg i zapadał głębiej. Mimo iż złapała go za grzywę i „po jego karku wydostała się na lód leżący przed koniem”, to jednak upadła w końcu cała do wody. To nie spowodowało, że przestała go ratować. Ciągnęła za lejce w kierunku brzegu, lecz on się zsuwał, nie mógł nawet wydostać spod lodu przednich nóg… W końcu zanurzył się cały, wystawały mu tylko szyja i łeb. Patrzył na nią proszącym wzrokiem, nie było jednak ratunku – po chwili cały poszedł pod wodę.
Gdy puściła lejce wyszła na brzeg, siadła pod krzakiem i zaczęła płakać z żalu i wyczerpania. Jej ciało było ociężałe, odwykło od chodzenia, miała gorączkę.

Po jakimś czasie weszła do lasu. Cały czas pilnowała, aby słońce mieć po lewej stronie. Szła potykając się o korzenie i grube warstwy śniegu. Gdy zrobiło się jej ciężko przez mokrą odzieżą, „zrzuciła z ramion ciepłą delijkę” i została w kubraczku. Z każdym krokiem śnieg był głębszy, podszyte futrem buciki do jazdy saniami lub konnej nie nadawały się do marszu po śniegu, w każdej chwili przemoczone mogły się rozlecieć – wtedy pomyślała, że nawet boso, ale musi dojść do domu!

Słońce powoli gasło, nastała noc. Czarny bór był straszny, mimo tego Baśka ciągle szła. Chwytała powietrze niczym noworodek, częściej upadała, już nie patrzyła na przewodnika (Wielki Wóz), straciła poczucie kierunku „szła, żeby iść”. Ogarnęły ją przedśmiertne widzenia, już nie miała siły, uklękła pod drzewem i zaczęła się modlić, gdy posłyszała skrzypienie - przecież to studzienne żurawie w Chreptiowie tak skrzypią! Dzięki temu dźwiękowi nabrała siły, przebiegła las wciąż upadając co krok. Nie wiedziała, jak doszła do fortalicji. Wartownicy stojący na bramie wpuścili tajemniczą osobę myśląc, że to pachołek do komendanta. Wtedy Wołodyjowska przebiegła obok żołnierzy pojących konie przy studniach, stanęła na progu drzwi i widząc męża ostatkiem sił wyszeptała, że Azja zdradził, że chciał ją porwać, ale uciekła. W tej chwili osunęła się na podłogę.

strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 - 


Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij




  Dowiedz się więcej
1  „Pan Wołodyjowski” - streszczenie w pigułce
2  Pan Wołodyjowski - charakterystyka bohaterów