Opracowanie

Czy do piekła można przywyknąć? Mechanizmy adaptacji do obozowej rzeczywistości w 'Losie utraconym'.

Autor: Małgorzata Haze Czas czytania: 4 min

Temat i teza

Temat: Czy do piekła można przywyknąć? Mechanizmy adaptacji do obozowej rzeczywistości w „Losie utraconym".

Teza: W powieści Imre Kertésza człowiek jest zdolny przyzwyczaić się niemal do wszystkiego - nawet do obozu koncentracyjnego - co György Köves udowadnia swoją postawą, stopniowo wchłaniając obozowe rytmy, hierarchie i normy jako coś naturalnego. Ta adaptacja nie jest triumfem ducha, lecz dowodem na to, jak głęboko system totalitarny potrafi przepisać ludzką wrażliwość.


Imre Kertész opublikował Los utracony w 1975 roku, choć powieść przez lata pozostawała niedoceniona - docenił ją dopiero Komitet Noblowski w 2002 roku. Jej główny bohater, György Köves, piętnastoletni budapeszteński Żyd, trafia kolejno do Auschwitz, Buchenwaldu i Zeitz. Paradoks tej historii polega na tym, że Gjuri nie opowiada o obozie jak o piekle - opowiada o nim jak o miejscu, do którego się po prostu przywykło. Chcę postawić tezę, że Kertész pokazuje adaptację jako wieloetapowy, bezwiedny proces: od oswojenia z obozowym rytmem, przez zinternalizowanie hierarchii, aż po utratę zdolności wyobrażenia sobie innego życia. Przyzwyczajenie nie uwalnia bohatera - czyni go własnością systemu.

Pierwszym mechanizmem adaptacji jest oswojenie z rytmem i rutyną. Obóz narzuca harmonogram: pobudka, apel, marsz do pracy, zupa, powrót, cisza nocna. Gjuri bardzo szybko zaczyna funkcjonować w tym schemacie bez buntu, ba - zaczyna go wyczekiwać. Pora posiłku staje się najważniejszym punktem dnia, a każda odchyłka od rozkładu budzi niepokój, nie ulgę. Narrator opisuje to z rozbrajającą szczerością: czas w obozie mija, a kolejne dni są do siebie podobne - i właśnie to podobieństwo przynosi coś w rodzaju spokoju. Kertész celowo pozbawia narrację dramatycznych tonów, bo dramatyzm wymagałby dystansu, którego Gjuri nie ma. Chłopiec nie przeżywa obozu - on w nim mieszka. Rutyna, która miała być narzędziem zniewolenia, staje się dla niego czymś w rodzaju struktury dnia codziennego, bez której trudno się obejść.

Drugim mechanizmem jest przyswojenie obozowej hierarchii i jej wewnętrznych zasad. Gjuri uczy się odróżniać kapo od zwykłego więźnia, rozumie, kto ma władzę i dlaczego nie warto się z nią spierać. Wzorcem staje się dla niego Bandi Citrom - starszy, doświadczony więzień, który tłumaczy Gjuriemu, jak przeżyć: myć zęby, dbać o higienę, nie tracić głowy. Ta relacja przypomina obozową inicjację - przekazywanie nie wiedzy o świecie zewnętrznym, lecz wiedzy o tym, jak funkcjonuje właśnie ta rzeczywistość. Gjuri przyjmuje rady Bandiego bez oporu, bo dostrzega ich pragmatyczną skuteczność. Internalizacja hierarchii obozowej oznacza de facto uznanie jej logiki za własną - a to właśnie jest istotą adaptacji: nie zgoda wyrażona słowem, lecz zachowanie, które system nagradza przeżyciem.

Można by jednak postawić zarzut, że Gjuri nie adaptuje się naprawdę - że jego pozorna obojętność to tylko dziecięca niedojrzałość emocjonalna, brak wyobraźni, a nie żaden psychologiczny mechanizm obronny. Taka interpretacja jest kusząca, ale Kertész ją podważa scenami powrotu do Budapesztu. Gdy Gjuri wraca po wojnie do domu, jest wyobcowany - nie z powodu traumy w potocznym rozumieniu, lecz dlatego, że obóz stał się dla niego bardziej zrozumiały niż świat wolnych ludzi. Kiedy znajomi oczekują od niego opowieści o koszmarze, on mówi, że zdarzały się też chwile szczęścia. To zdanie - skandaliczne dla otoczenia - nie jest prowokacją. To szczery opis człowieka, który naprawdę znalazł w obozie coś, co można nazwać chwilami wytchnienia: towarzystwo, żart, ciepło słońca na twarzy. Adaptacja jest więc prawdziwa i głęboka, nie pozorna.

Trzecim, bodaj najbardziej niepokojącym mechanizmem jest stopniowe zawężenie horyzontu pragnień. Gjuri przestaje myśleć o przyszłości - nie dlatego, że jest pesymistą, lecz dlatego, że kategoria przyszłości po prostu zanika. Liczy się następna miska zupy, kolejny apel, który minie bez selekcji. Ta redukcja pragnień do wymiaru biologicznego jest jednocześnie strategią przeżycia i rodzajem śmierci - śmierci osoby, która kiedyś miała plany, marzenia, wyobrażenie o sobie samym. Kertész opisuje chorobę i wycieńczenie Gjuriego z taką samą tonacją co opis zwykłego dnia pracy - bez eskalacji, bez wołania o litość. To właśnie ta narracyjna płaskość jest najsilniejszym dowodem na to, że bohater całkowicie zasymilował logikę obozu: nie walczy z nią, bo przestał ją widzieć jako obcą.

Kertész nie pisze powieści o heroizmie ani o ocaleniu przez człowieczeństwo. Pisze o czymś znacznie trudniejszym do przyjęcia: o tym, że człowiek jest zdolny do adaptacji bez granic i że ta zdolność bywa zarówno ratunkiem, jak i wyrokiem. György Köves przeżywa, bo przyzwyczaja się - ale wraca jako ktoś, dla kogo normalny świat stał się piekłem trudniejszym do zrozumienia niż obóz. Pytanie z tytułu ma zatem odpowiedź twierdząca i gorzką: tak, do piekła można przywyknąć. I właśnie to powinno nas niepokoić najbardziej.

Los utracony · 12 kroków do poznania lektury