Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Około godziny dziesiątej ukazał się na polach ruchomy punkt i kiedy chłopiec przekonał się, że to biegnie chłop w żółtym kożuchu, poszedł do kuchni, wołając, żeby Małgośka przekazała nauczycielowi wiadomość, że zbliża się posłaniec. Wiechowski natychmiast wszedł do mieszkania i ubrał się odświętnie. Zakazał Borowiczowi i Józi wychodzić z kuchni, a chłopiec zauważył, że twarz nauczyciela jest biała jak papier. Wychodząc z pokoju, modlił się cicho. Na stancji przygotowano stół okryty serwetą i samowar. Marcinek znalazł dla siebie i dla Józi bezpieczne schronienie za drzwiami i wtuleni w kąt szafarnii, siedzieli zachowując milczenie.

Po dwóch godzinach wbiegła nauczycielka z Małgośką, która w trwodze powtarzała, że naczelnik jedzie w skórzanej budzie. Ciekawość przezwyciężyła i Marcinek z Józią, wysunąwszy się z kryjówki, dostrzegli przez dziurkę od klucza ogromne futro gościa i plecy nauczyciela, nieustannie pochylające się w pokłonach. Po chwili drzwi sali szkolnej zamknęły się i dzieci wróciły za szafarnię, drżąc ze strachu.

Tymczasem do stancji wszedł kierownik dyrekcji naukowej, obejmującej trzy gubernie, pan Piotr Nikołajewicz Jaczmieniew, o dobrotliwym uśmiechu i przyjacielskim spojrzeniu. Życzliwie przywitał się z nauczycielem, który nieco odetchnął widząc łagodność inspektora. Mężczyzna zwrócił się do dzieci, które wpatrywały się w niego ze zdumieniem i powitał je. Wiechowski na próżno dawał znaki za plecami Jaczmieniewa, lecz żaden z uczniów nie odpowiedział na powitanie. Dopiero po chwili Michcik, ponaglany rozpaczliwymi gestami nauczyciela, zerwał się i zawołał „Zdrawja żełajem Waszemu Wysokorodiju!”, na co dyrektor uniósł brwi i nakazał, aby pan Ferdynand przepytał uczniów z czytania.

Wiechowski podsunął mu dziennik, modląc się, aby inspektor nie skorzystał z możliwości wybrania ucznia, a kiedy ten odsunął grzecznie kajet, wskazał palcem Michcika. Kamień spadł z serca nauczyciela, Piotr czytał bowiem płynnie i głośno. Potem opowiedział po rosyjsku treść bajki, a Jaczmieniew patrzył na niego z uśmiechem.

W pewnym momencie podniósł w górę palec i zaczął odpytywać chłopaka z tabliczki mnożenia. Pochwalił ucznia, a zadowolony Wiechowski zaproponował mu, aby przepytał Michcika z innych przedmiotów. Inspektor poprosił, aby wezwał do odpowiedzi innego ucznia, a nieco stropiony nauczyciel wskazał na Piątka, który zaczął czytać gorzej niż poprzednik. Dyrektor przerwał mu po kilku wierszach i kazał odpytać kolejnego ucznia, co całkowicie zbiło z tropu pana Ferdynanda. Przestraszony, kazał czytać Mateuszowi Gulce, który wystraszył się i po wydukaniu kilku liter, schował się pod ławkę. Wtedy egzaminator wstał i zaczął egzaminować pozostałe dzieci.

W końcu zapytał najczystszą polszczyzną, które z dzieci umie czytać po polsku. Kilkoro uczniów odezwało się. Jaczmieniew wskazał na dziewczynkę, która płynnie przeczytała fragment z Płomyka, a na pytanie, kto ją nauczył czytać, odparła, że stryjna. Mały chłopiec odrzekł, że nauczycielka pokazała im drukowane litery, co oburzyło inspektora. Kiedy inne dzieci potwierdziły, że nauczyciel również uczył ich polskich literek, Jaczmieniew cofnął się i zapytał pana Ferdynanda, czy do szkoły przychodzi ksiądz. Ten odparł, że nie, ponieważ we wsi nie ma kościoła.

Jaczmieniew powiedział, że jest bardzo źle – tylko dwóch uczniów w miarę dobrze czyta po rosyjsku, reszta dzieci umie czytać po polsku i oskarżył Wiechowskiego jako Polaka i katolika o prowadzenie polskiej propagandy. Słowa te zmroziły nauczyciela, który zrozumiał, że wiąże się z nimi jego dymisja. Inspektor mówił dalej, że nauczyciel nie wypełnia jako urzędnik rozporządzeń władzy, wystawił swojego najlepszego ucznia, by popisał się wiedzą, co robili również nauczyciele w innych szkołach i wyraził swe ogólne niezadowolenie z pracy pana Ferdynanda.

Nauczyciel ostatkiem przytomnych myśli zaprosił Jaczmieniewa do mieszkania, lecz ten odrzucił propozycję i pożegnał się pośpiesznie. Wiechowski próbował jeszcze wyjaśnić, że starannie prowadzi wszystkie wykazy, co tylko jeszcze bardziej rozgniewało dyrektora, który zarzucił futro na ramiona i opuścił klasę.

Wiechowski został w pomieszczeniu, czując, że wszystko właśnie się skończyło i kazał dzieciom wrócić do domów, a sam wszedł do mieszkania i nagle rozpłakał się. Po jakimś czasie chwycił butelkę z piwem i zaczął pić. Opróżniał właśnie piątą butelkę, kiedy ktoś gwałtownie zapukał do drzwi i do pokoju wszedł Jaczmieniew. Mężczyzna uśmiechnął się i uścisnąwszy życzliwie rękę nauczyciela, poprosił go o wybaczenie, zapewniając, że źle go ocenił i w przyszłym miesiącu podniesie mu pensję. Pan Ferdynand, przekonany, że to wszystko jest snem po wypiciu tylu piw, odprowadził go do powozu, rozsuwając gromadę kobiet, stojących przed szkołą. Kiedy kareta zniknęła za zakrętem, Wiechowski wrócił do domu, a do izby wpadła pani Marcjanna, która śmiejąc się, zaczęła opowiadać o skardze, jaką złożyły kobiety ze wsi Jaczmieniewowi i dzięki której nieświadomie wyświadczyły przysługę nielubianemu nauczycielowi.

Okazało się, że poskarżyły się inspektorowi, że nauczyciel źle uczy dzieci ponieważ wymaga aby mówiły po rosyjsku i każdego dnia śpiewa z nimi rosyjskie pieśni. Chciały też polskiego nauczyciela. Uradowany mężczyzna zaczął pić z żoną i nawet Józia, Marcinek i Małgośka dostali po ćwierci szklaneczki piwa. Przerażony Borowicz zajrzał później do pokoju i ujrzał nauczyciela, siedzącego na stole tylko w bieliźnie i rozkazującego niewidzialnym uczniom, aby mówili po rosyjsku. Potem upadł na podłogę, a żona ze służącą ułożyły go na łóżku.

Tymczasem Jaczmieniew z nostalgią spoglądał na wzgórza, wspominając młodzieńcze wyprawy w Bawarii, Tyrolu, Włoszech i Szwajcarii. Po ukończeniu wydziału filologicznego w Moskwie zaczął pracować w wiejskiej szkole. Pragnąc jak najlepiej przygotować się do pracy, jeździł do Szwecji, Anglii, Niemiec i Szwajcarii, by tam studiować szkolnictwo ludowe. Przypomniał sobie małą dziewczynkę w ogromnych trzewikach, idącą z wielkim parasolem w deszczowy dzień do szkoły z małej chaty, w której jej rodzice mieli tylko kozę. Chciał ponownie pójść na wycieczkę z sześcioletnimi Szwajcarami, by szukać z nimi krasnoludków, wracając do młodości, kiedy rozmawiał z nauczycielami wiejskich szkółek szwajcarskich o sposobach zniesienia ciemnoty z „strasznej Rosji”.

Nagle mężczyzna rozpłakał się, mając świadomość, że jest już stary, pozbawiony młodzieńczych ideałów. Rozumiał, że musiał szerzyć „oświatę rosyjską”, która miała przyczynić się do szybkiego zrusyfikowania polskich chłopów i szybkiego rozwoju Północy, lecz musiało to także wpłynąć na to, by chłopi pokochali Rosję, jej prawosławną wiarę, mowę, obyczaje, za które byliby w stanie ginąć na wojnie i pracować dla niej w czasach pokoju. Dlatego też należało wykorzenić polską tradycję, mowę, wierzenia, przesądy i na nowych podwalinach zacząć rozwijać marzenia szwajcarskich pedagogów o powszechnym nauczaniu.

Jaczmieniew zaczął się zastanawiać, co należałoby zrobić, by wzmocnić rusyfikację, która byłaby skuteczna i nieodzowna. Kareta wjechała na szczyt wzgórza i dyrektor ujrzał przestrzeń rozległą i w oddali dym, wydobywający się z kominów chat, który był jedynym znakiem ruchu w tej niezmiernej przestrzeni.

III

W korytarzu gimnazjum klasycznego w Klerykowie zebrała się grupa rodziców - urzędników, szlachty, księży, przemysłowców i zamożniejszych chłopów. W przedsionku budynku spał woźny, znany uczniom pod pseudonimem „pana Pazura”. Na drugim końcu korytarza mieściła się kancelaria gimnazjalna, do której co jakiś czas wchodzili profesorowie. Tłum rodziców, którzy rozmawiali przyciszonymi głosami po polsku, powiększał się z każdą godziną.

Wśród oczekujących stała również pani Borowiczowa z Marcinkiem, kandydatem do klasy wstępnej. Chłopiec ubrany był w nowe, długie spodnie i nowe buty, które stanowiły przygotowanie do szkolnego munduru gimnazjalnego, lecz aby go założyć, należało zdać egzamin. Dwa miesiące wcześniej prośba o przyjęcia Marcina do gimnazjum została złożona u dyrektora i w tej chwili chłopiec czekał na wyznaczenie terminu egzaminów. Żaden z nauczycieli nie potrafił jednak podać w przybliżeniu daty, ponieważ termin wyznaczony w dziennikach już minął i część egzaminów została przełożona na później. Rodzice, którzy przyjechali do Klerykowa z daleka nie mogli wracać do domów bez upewnienia się, czy dzieci zostaną przyjęte do szkoły.

Pani Borowiczowa przejechała trzy mile z Gawronek, lecz podobnie jak inni, z niecierpliwością oczekiwała na egzamin, nie wiedząc, czy syn zostanie przyjęty, ponieważ ilość kandydatów była ogromna. Kobieta stała smutna i zdenerwowana, obawiając się, że chłopiec nie zda. W pewnej chwili podszedł do niej mężczyzna w czarnym surducie, który od czterech dni czekał na wyznaczenie egzaminów syna, przygotowanego przez prywatnego korepetytora. Kiedy zaczął opowiadać o wiedzy syna, na korytarzu pojawił się dyrektor gimnazjum. Nieoczekiwanie zatrzymał się przed mężczyzną, który rozmawiał z panią Heleną i zapytał, czego sobie życzy. Ten przedstawił się jako Józef Trznadelski i zapytał o terminy egzaminów. Dyrektor obrzucił go spojrzeniem i nie odpowiadając na ukłony zgromadzonych, ruszył do kancelarii.

Pani Borowiczowa ze strachem oddaliła się i stanęła w przedsionku. Marcinek zaczął przypatrywać się bójce dwu gimnazjalistów, gdy jeden z uczniów zaczepił go, kpiąc z jego spodni. Chłopiec cofnął się pod mur, nieśmiało odpowiadając na złośliwe pytania nieznajomego, kiedy podeszła do nich pani Helena, urażona żartami uczniaka. Chłopak zjechał po poręczy i znikł jej z oczu. Jednocześnie woźny wrzasnął, by rozmawiać po rosyjsku i został wyśmiany przez gimnazjalistów. Pani Borowiczowa zbliżyła się do niego i zapytała, czy nie wie, kiedy odbędą się egzaminy. Pazur spojrzał na nią, nie odpowiadając, a kiedy wsunęła mu do ręki pieniądze, doradził, aby po wyjściu profesorów z kancelarii, poszła dowiedzieć się czegoś od sekretarza.

Matka Marcinka powtórzyła tę wiadomość kilku osobom i wkrótce wszyscy już wiedzieli o nowym sposobie na pozyskanie informacji. Po jakimś czasie profesorowie udali się na drugie piętro, gdzie mieściły się klasy, a mały Borowicz z niepokojem zaczął przysłuchiwać się egzaminowi poprawkowemu. Usłyszawszy pytania, na które nie był w stanie odpowiedzieć, z przestrachem zbliżył się do pani Heleny, lecz kobieta uspokoiła go, tłumacząc, że to uczniowie starszych klas. Kilka osób, do których przyłączyła się pani Borowiczowa, weszło do kancelarii, aby zapytać urzędnika o terminy egzaminów. Sekretarz odpowiedział, że wszystko zależy od nauczyciela, uczącego w klasie wstępnej, pana Majewskiego i wrócił do swych zajęć.

Borowiczowie ze smutkiem wyszli na ulicę. Marcinek od chwili przyjazdu do miasta czuł się znużony, a widok murów sprawiał mu przykrość. Jedyną pociechę znajdował we wpatrywaniu się w niebo, które przypominało mu rodzinne Gawronki. Wrócili do hotelu i zamknęli się w swoim pokoju. Chłopiec zaczął powtarzać gramatykę rosyjską, a matka położyła się na kanapie, by odpocząć. Nie zdołała jednak zasnąć, wsłuchując się w dobiegające z ulicy hałasy i wrzaski. Marcinek stał przy oknie, szepcząc terminy gramatyczne i przypatrując się Izraelicie, który stał obok mieszkania stróża, rozmawiając z numerowym. Po chwili zbliżył się do drzwi ich pokoju i zapukał. Pani Helena wpuściła go wyraźnie zaniepokojona. Mężczyzna przedstawił się jako kupiec zbożowy, prosząc o rozmowę w sprawie interesów. Kobieta kazała mu jechać do męża, próbując wyprosić intruza z pomieszczenia, lecz ten wskazał na chłopca, mówiąc, że jego brat oddawał syna do gimnazjum i narzekając, że tego roku jest stu kandydatów na trzydzieści cztery miejsca w klasie wstępnej.

Słowa te napełniły trwogą serce pani Borowiczowej, która pomyślała, że Żyd jest złym zwiastunem i chciała jak najszybciej zakończyć rozmowę. Kupiec zaczął opowiadać, że brat, który dwa lata temu oddawał syna do gimnazjum, udał się do pana Majewskiego i opłacił dodatkowe korepetycje, dzięki którym chłopak został przyjęty do klasy wstępnej. Pani Helena poprosiła go, aby dowiedział się, ile kosztowały prywatne lekcje i zapłaciła za dorożkę, którą miał jechać do brata. Żyd wrócił nim kobieta zdążyła ochłonąć z radości po usłyszeniu o nowej możliwości ułatwienia synowi dostania się do gimnazjum. Okazało się, że pan Majewski pobiera wynagrodzenie trzy ruble za godzinę korepetycji.

O godzinie pierwszej Borowiczowie udali się na obiad do restauracji. Pani Helena natychmiast po rozmowie z Żydem, wyprawiła furmana bryczką do domu, by zawiózł mężowi list, w którym opisała szczegółowo wszystko, prosząc go o pożyczenie od miejscowych bankierów dwudziestu pięciu rubli na korepetycje. Podczas obiadu, z którego prawie nic nie zjadła, Borowiczowa myślała o wydatkach, które czekały jej rodzinę.

Oddanie syna do gimnazjum, zakup munduru, podręczników, opłacenie stancji stanowiło niezmierny trud, lecz wiedziała, że Marcinek musi się uczyć, choćby przyszło jej chodzić w łachmanach. Obserwowała kelnera, rozmyślając nad przyszłością swojego jedynaka i kiedy przyszło do płacenia należności za obiad, położyła na tacy trzy ruble i podsunęła je kelnerowi, mając nadzieję, że spory napiwek daje w intencji szczęśliwego życia Marcinka.

Po obiedzie udali się na ulicę Moskiewską do pana Majewskiego. Żona profesora wprowadziła ich do wykwintnego saloniku, zastawionego pięknymi meblami. Pani Borowiczowa usiadła na brzegu krzesła, zastanawiając się, czy nie decyduje się właśnie na szalony krok, który zniszczy ich domowy budżet. Rozglądając się po pokoju, dostrzegła srebrną ikonę i przypomniała sobie, że profesor przeszedł na prawosławie. Z lękiem pomyślała, że nie może być on dobrym człowiekiem.

Przed trzecią do salonu wszedł Majewski i przywitawszy się nonszalancko z Borowiczową, zapytał po rosyjsku, czym może jej służyć. Kobieta nie potrafiła mówić w tym języku i obawiając się obrazić profesora, mówiąc po polsku, odezwała się po francusku, z trudem wyjaśniając mu swoją prośbę. Mężczyzna wysłuchał jej, nie rozumiejąc o czym mówi i zaczął rozmawiać z nią po polsku.

strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 -  - 6 -  - 7 -  - 8 -  - 9 - 


Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij




  Dowiedz się więcej
1  Syzyfowe prace - streszczenie
2  Znaczenie tytułu powieści Syzyfowe prace
3  Rudolf Leim