Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Gniada była ulubienicą całego folwarku. Opowiadano różne historie o jej pochodzeniu, które rzekomo wywodziło się w prostej linii od araba. Klacz straciła piękne rysy w wyniku ciężkiej pracy, lecz zimą odzyskiwała cechy swej rasy. Gniada było zwierzęciem złośliwym i nawet furmanowi nie pozwalała zbliżać się do siebie. Źrebaki od niej wiele razy wyratowały Borowiczów z niejednych kłopotów.

Jędrek zaczął opowiadać, że cztery tygodnie wcześniej zasnął z Wincentym w stajni. Było duszno, więc zostawili otwarte drzwi. Nad ranem Wincenty obudził go, pytając, gdzie jest kobyła. Z przerażeniem stwierdzili, że ślady prowadzą do stawu i urywają się. W kościele ksiądz ogłosił wiadomość o kradzieży u Borowiczów. Państwo do wieczora szukali kobyły na łąkach, Jędrek pojechał pod Wybrankową, a Wincenty ze Stasińskim poszli do Dolnej, lecz nie znaleźli gniadej.

Wieczorem wszyscy siedzieli pod drzwiami, kiedy Jędrek usłyszał rżenie klaczy i pobiegł nad staw. Zobaczył gniadą, która biegła z urwanym postronkiem na szyi do stajni. Pan Borowicz tak bardzo się ucieszył, że kazał nakarmić konia resztką owsa, a pani Helena dała kobyle trzy kromki chleba i cukier. Marcinek słuchał tej opowieści ze wzruszeniem, z miłością patrząc na konia.

Pani Borowiczowa spoglądała na rozgwieżdżone niebo, odczuwając znużenie. Chłopiec położył głowę na jej kolanach i ucałowawszy jej spracowane ręce, cieszył się, że matka przyjechała po niego. Kobieta pochyliła się z czułością nad jedynakiem i zapytała, czy zawsze będzie ją kochał. W odpowiedzi Marcinek rozpłakał się.

W oddali ujrzeli światła wioski, staw, a za nim gowronkowski dwór. Mały Borowicz wyskoczył z bryczki i z oczyma pełnymi łez spoglądał na okna domu. Przed wsią stała drewniana kapliczka, obok której rosły kwitnące bzy. Chłopiec wspiął się na płot i ułamał ogromny pęk gałęzi. Położył je matce na kolanach, a ona nie miała serca upomnieć go, że obrabował w ten sposób starą kapliczkę.

VII.

Po otrzymaniu promocji do klasy pierwszej Marcinek zaniedbał się w nauce, a z jego dawnej gorliwości niewiele pozostało. Jesienią jeszcze się starał, lecz już przed Bożym Narodzeniem uprawiał wykpiwankę, zarówno przed nauczycielami, jak i przed korepetytorem.

Tego roku w lecie zmarła pani Borowiczowa. Jedynak początkowo nie odczuł tej straty. Na pogrzebie zmuszał się do płaczu, krzyczał i próbował rzucić się na trumnę, sadząc, że tak powinien właśnie zrobić. Po pogrzebie ojciec zabrał go do Gawronek. W domu panował nieład. Pan Borowicz zaprowadził syna do sypialni i usiadł przy oknie. Marcinek spojrzał na puste łóżko i dopiero wtedy poczuł, że matka zmarła.

Było to pod koniec wakacji i wkrótce życie szkolne całkowicie go pochłonęło. Czasami, odczuwając jakieś nieszczęśliwe zdarzenie, ogarniało go to samo zdumienie, jakiego doznał w pustym pokoju pani Heleny. Pan Walenty, zajęty gospodarstwem, nie zwracał uwagi na chłopca, dbając głównie o to, by znalazły się pieniądze na wpis, stancję i książki. Marcinek nie miał już teraz wykwintniejszej bielizny ani przysmaków. Nie miał też z kim dzielić swoich szkolnych osiągnięć czy też opłakiwać niepowodzeń. Nikt nie zachęcał go do nowych wysiłków. Ojciec interesował się przede wszystkim tym, czy nie ma ocen niedostatecznych. Mały Borowicz czuł się samotny i opuszczony.

W tym czasie zaprzyjaźnił się z „Wilczkiem”, drugorocznym pierwszoklasistą, synem bogatej lichwiarki pani Wilczkowickiej. Chłopiec był łobuzem, który dzięki znajomości profesorów, umiał ich nabierać, ściągać, podpowiadać, kpił z korepetytorów i nauczycieli. Nigdy nie odrabiał lekcji, uciekał w niedzielę z kościoła. Marcinek, który został posadzony z „Wilczkiem” w jednej ławce, ulegał jego wpływom, uczył się różnych sztuczek i zaczął chodzić na wagary.

Podczas święta narodowego w grudniu mały Borowicz i „Wilczek” wymknęli się przed nabożeństwem za miasto, gdzie zaczęli taplać się w rzeczce. Marcin zmarzł i chciał wrócić do kościoła, lecz kolega wykpił go, że boi się księdza. Borowicz ruszył do miasta, czując, że wszyscy ludzie domyślają się, że był na wagarach. Wreszcie dotarł do kościoła i wsunął się na chór, ponieważ należał do grona śpiewaków, którzy po mszy odśpiewywali hymn narodowy. Skradał się cicho po kamiennych schodach, pragnąc, by nauczyciel śpiewu nie zauważył jego nieobecności.

Nagle ujrzał klęczącego prefekta, księdza Wargulskiego. Marcinek drżąc ze strachu, wycofał się i ukrył we framudze okiennej. Kanonik zaczął śpiewać modlitwę za cara i po chwili młodzież odśpiewała hymn carski. W tej samej chwili Marcinek usłyszał kroki osoby biegnącej na chór i ujrzał inspektora gimnazjum. Mężczyzna zauważywszy księdza przypomniał, że kazał śpiewać hymn w języku rosyjskim. Wargulski ze spokojem odparł, że uczniowie będą śpiewali w języku polskim i żadne rozporządzenie tego nie zmieni. Rosjanin krzyknął, że muszą wypełniać jego rozkazy, a wówczas prefekt wskazał mu drzwi, wiodące na dół i położył rękę na ramieniu inspektora. Ten szarpnął księdza, który chwycił go za kołnierz i zaczął znosić dyrektora ze schodów. Marcinek z trudem powstrzymując śmiech, szedł za Wargulskim, który wypchnął Rosjanina za drzwi i zawrócił, wpadając na chłopca.

Z niepokojem otworzył drzwi i wyciągnął malca do światła. Borowicz, myśląc, że zostanie wydalony z gimnazjum, spojrzał na niego z rozpaczą. Ksiądz zapytał go, czy wszystko widział i zakazał wspominać o zdarzeniu komukolwiek. Marcin obiecał mu, że zachowa milczenie.

VIII.

Gospodarzem klasy pierwszej oddziału A był pan Rudolf Leim, nauczyciel łaciny w klasach niższych. Pochodził on z niemieckiej rodziny, która przed wieloma laty przybyła do kraju i częściowo się spolszczyła. Z zamiłowania był historykiem. Po zamianie szkół wojewódzkich w Klerykowie na gimnazjum utrzymał się na posadzie, lecz ze względu na słabą znajomość języka rosyjskiego i przepis, że historii mogą uczyć wyłącznie Rosjanie, został niejako zdegradowany i zepchnięty na nauczyciela klasy pierwszej. Był służbistą, który nigdy nie opuścił ani nie spóźnił się na swoje lekcje.

Leim od czasu wprowadzenia zakazu mowy polskiej w murach gimnazjum, surowo przestrzegał zasad i karał za wykroczenia wskazanych winowajców. W domu mówił jednak po polsku, ożenił się z Polką, a jego dwie córki udzielały się patriotycznie na różnych zgromadzeniach i odczytach utworów z literatury polskiej.

W dni galowe Leim maszerował przez miasto ubrany w mundur z orderami, wśród których wisiał brązowy medal za stłumienie polskiego buntu, ze szpadą u boku i w pierogu, na widok którego wszyscy wybuchali głośnym i szczerym śmiechem. Profesora witał również wrzask gimnazjalistów, którzy kpili głośno i złośliwie z jego kapelusza. Mężczyzna nie słuchał rad młodszych nauczycieli, którzy upominali go, by sprawił sobie modniejszy kapelusz, tłumacząc, że stary pieróg pamięta lepsze czasy.

Na lekcjach Leim nie znosił najmniejszego choćby szelestu. Do utrzymywania porządku wyznaczał kolejno dyżurnego, który przynosił kredę, dbał o atrament i pióro na katedrze oraz wypisywał na tablicy nazwiska kolegów, którzy na przerwach zachowywali się głośno.

Uczniowie z pierwszych klas mówili na przerwach po polsku i nic nie było w stanie zmusić ich do rozmów w języku rosyjskim, ponieważ nie potrafili jeszcze swobodnie konwersować w tym języku. Pewnego dnia profesor Leim po wejściu do klasy dostrzegł na tablicy wypisane nazwisko Borowicza i obok niego zastrzeżenie, że ciągle głośno mówi po polsku. Dość długo czytał ów napis i w końcu zapytał, który z chłopców jest dyżurnym. Odezwał się Makowicz, wyjaśniając, że Marcinek pobił się z nim na przerwie o okładkę. Nauczyciel kazał Borowiczowi zostać dwie godziny w kozie za gadanie po polsku, po czym wezwał chłopca do odpowiedzi.

Malec zerwał się z miejsca i na drżących nogach podszedł do katedry. Odczytał fragment rosyjskiej czytanki i zaczął tłumaczyć ją na łacinę. Leim przerwał mu, powtarzając, że za rozmawianie po polsku zostaje na dwie godziny w kozie, a potem zapytał, dlaczego bił się z Makowiczem. Marcin spuścił głowę i z trudem powstrzymał łzy. Tymczasem profesor zakazał mu zbliżać się do Makowicza i prosić go o „parszywe okładki”. Zaskoczony Borowicz zerknął na niego i nagle wydawało mu się, że w spojrzeniu nauczyciela kryje się wstyd za niego i zarazem bezlitosna drwina z jego małej osoby.

Iłarion Stiepanycz Ozierskij, nauczyciel języka rosyjskiego, w odróżnieniu od profesora Leima nie potrafił zapanować nad tłumem łobuziaków z pierwszej klasy. Wiecznie roztargniony, ubrany we frak ubrudzony kredą, wywoływał w klasie ogromną wrzawę, kiedy tylko się pojawił. Chłopcy głośno rozmawiali, tupali, gwizdali, grali na dzwoneczkach i przesuwali ławki. Bezradny nauczyciel, pamiętając, że pewnego razu, kiedy próbował przyłapać jednego z uczniów na dzwonieniu, przewrócił się, nie zauważywszy rozciągniętego między ławkami sznurka.

Szczególnie okrutni w dręczeniu profesora byli uczniowie klas starszych: drugiej, trzeciej i czwartej. Do klasy trzeciej Ozierskij wchodził pobladły, ważąc każdy krok, oglądając krzesło, tablicę i szuflady stolika. Podczas jego lekcji nikt nie słuchał wykładów. Kiedy wzywał kogoś do odpowiedzi, przy katedrze za każdym razem stawała ta sama osoba i odpowiadała przez cały rok ten sam ustęp. Czasami nauczyciel reagował wrzaskiem na taką ignorancję, lecz wówczas uczniowie mścili się, wywołując bójkę i wywracając ławki, co kończyło się pojawieniem w klasie inspektora, który głośno potępiał profesora.

Ozierskij był człowiekiem niezwykle wykształconym, znał kilka języków, lecz był tak dalece roztargniony, że po lekcjach nie potrafił trafić do swojego mieszkania. Każdego dnia pytał jakiegoś ucznia, gdzie mieszka profesor Ozierskij i kazał się prowadzić do własnego domu.

W klasie pierwszej odbywały się również nieobowiązkowe lekcje języka polskiego. Nauczycielem był pan Sztetter, człowiek światły, lecz wiecznie obawiający się o swoją posadę. Obarczony liczną rodziną, żył w nieustannym niepokoju o przyszłość dzieci, a na lekcjach praktycznie nie uczył niczego. Nauczanie polskiego odbywało się cztery razy w tygodniu, między ósmą a dziewiątą rano. Uczniowie siedzieli senni, a nauczyciel drzemał podczas, gdy wzywani do odpowiedzi chłopcy tłumaczyli fragmenty z wypisów Dubrowskiego.

Następnie odbywał się rozbiór zdań po rosyjsku, a Sztetter nie wymawiał ani słowa po polsku. Uczniowie uważali język polski za męczarnię, ignorując nauczyciela i traktując go pobłażliwie jako rzecz niepotrzebną i bezwartościową. Profesor czuł się w szkole jak intruz. Wiosną część chłopców opuszczała jego lekcje, a on nawet nie protestował przeciw wagarom. Niegdyś jednak i on był człowiekiem ambitnym, pisywał go gazet i przez wiele lat tłumaczył wiersze Shelleya, które chciał wydać bezimiennie.

Nauczyciel arytmetyki, pan Nogacki, cieszył się wśród uczniów pierwszej klasy głębokim poważaniem. Był to człowiek niezwykle sumienny, sprawiedliwy i surowy. Nie zamierzał nikogo rusyfikować, lecz jego wykłady zmuszały chłopców do myślenia po rosyjsku. Wymagał szybkich i natychmiastowych odpowiedzi, a przez lata nauczania wypracował własny system, który przeprowadzał konsekwentnie. Gdyby jednak ktoś go zapytał, dlaczego to robi, nie potrafiłby na to odpowiedzieć.

IX.

Marcinek przez lata nauki w klasie drugiej i trzeciej mieszkał u pani Przepiórkowskiej. Uczył się wtedy przeciętnie, nie czyniąc wyraźnych postępów. Dopiero w drugim semestrze trzeciej klasy wziął się szczerze do nauki pod wpływem rozmaitych okoliczności.

Na wiosnę pensjonarze „starej Przepiórzycy” w największej tajemnicy udawali się do starego parku, gdzie ukryci w gęstwinie krzaków strzelali z pistoletu. Broń przywiózł z domu Szwarc, natomiast prochu dostarczali bracia Daleszowscy, którzy powtarzali wówczas klasę czwartą. Strzelali codziennie po jednym razie, a Marcin i Szwarc na zmianę. Pistolet ukrywali w spróchniałej wierzbie, przysięgając, że nikomu nie wyjawią sekretu.

Pewnej niedzieli, po nabożeństwie, chłopcy zebrali się w parku. Starszy Daleszowski nabił pistolet, młodszy trzymał pakuły do przybicia naboju, Szwarc – worek ze śrutem, a Marcin kapiszony. Niespodziewanie usłyszeli jakiś szelest i ujrzeli żandarma. Natychmiast porzucili wszystko w krzaki i Daleszowscy uciekli. Oficer pochwycił Marcina i Szwarca i zaprowadził do gimnazjum. Nazajutrz w mieście krążyła pogłoska, że na przedmieściu złapano uzbrojonych konspiratorów.

Borowicz i jego towarzysz spędzili całą noc w klasie, zmienionej w tymczasowe więzienie, przygotowując się do najstraszliwszej i ostatecznej kary. Marcinek przez całą noc nie zmrużył oka, pogrążony w bezgranicznej rozpaczy. Przypominał sobie zasłyszane historie o Sybirach, cytadelach, szubienicach i to jeszcze bardziej potęgowało jego strach. Przejęty skruchą i żalem szukał ratunku u Boga.

Szwarc podszedł do sprawy wyjątkowo spokojnie. Przespał się na ławce, zjadł chleb przyniesiony przez pana Pazura dla obu więźniów i zaczął zastanawiać się, jaka czeka ich kara. Borowicz nie podtrzymywał rozmowy, więc chłopak szybko zamilkł. Około ósmej do klasy wszedł pan Majewski i kazał chłopcom przejść na drugie piętro. Marcinek ujrzał w kancelarii wszystkich nauczycieli, siedzących za stołem okrytym zielonym suknem. Słyszał bicie własnego serca, kiedy odezwał się dyrektor i oznajmił, że rada pedagogiczna wezwała rodziców winowajców, a obaj chłopcy zostają wydaleni z gimnazjum, lecz należy najpierw ustalić, czy strzelali z pistoletu nabitego prochem, ponieważ takie były wymagania władzy policyjnej.

Szwarc odparł, że nie strzelał z żadnej broni. Borowicz uznał, że obrona przyjęta przez kolegę może okazać się zgubną i przyznał, że strzelał z pistoletu, lecz nie był on nabity. Profesorowie nieoczekiwanie roześmieli się głośno. Obu więźniów wyrzucono za drzwi i kazano, aby pan Pazur zamknął ich w kozie. Kiedy rozpoczęły się lekcje, chłopcy udali się do klasy, gdzie usłyszeli, że zostali skazani na kolejną kozę o chlebie i wodzie.

strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 -  - 6 -  - 7 -  - 8 -  - 9 - 


Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij




  Dowiedz się więcej
1  Syzyfowe prace - streszczenie
2  Sztetter
3  Syzyfowe prace na małym ekranie