Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
To wydarzenie i związane z nim lęki przygnębiły Marcinka. Pozostanie w gimnazjum przypisał wstawiennictwu matki i po opuszczeniu kozy natychmiast poszedł do kościoła. Znalazł ciche i ustronne miejsce pod chórem i uklęknąwszy, modlił się żarliwie do wieczora. Następnego dnia wczesnym rankiem ponownie zjawił się w kościele i od tej pory wstawał wcześniej, by przed lekcjami pomodlić się. Pewnego dnia wysłuchał kazania jednego z wikariuszy, który tłumaczył wiernym, że modlitwa z czasem staje się przyjemnością.

Chłopiec zaczął początkowo odmawiać tylko pacierz, z czasem odmawiał wiele modlitw w różnych intencjach. Dzięki obudzonej w duszy malca religijności rozwinęła się w jego świadomości ufność. Zaczął wierzyć, że swoimi prośbami zdoła wyjednać wszystko, składał obietnice, a czasami skarżył się Bogu. Zaczął się lepiej uczyć, uzasadniając to wyższą potrzebą serca. Pobożność osłodziła nieco sieroce życie małego Borowicza. Na nowo zaczął czuć bliskość matki, której zwierzał się z każdej troski, smutku i radości. W jego sercu zrodziła się pewność, że nic mu się nie stanie, ponieważ podlega opiece boskiej.

Codziennie o tej samej porze do kościoła przychodził pewien mężczyzna, który pobierał miesięcznie dwadzieścia rubli pensji i miał kilku drugorocznych synów w różnych gimnazjach. Stał on obok skrzyni ze świecami i modlił się do godziny ósmej. Marcinek nie dostrzegał jego ubóstwa, lecz widział w nim współtowarzysza w modlitwie. Tylko raz spotkał nieznajomego na ulicy. Dopiero w świetle dziennym zauważył, że twarz starego pana jest mizerna, a odzież zniszczona. Mijając chłopca spojrzał na niego i uśmiechnął się. Borowicz poczuł głębokie wzruszenie i zrozumiał, że kiedy cnotliwe dusze po śmierci stają przed obliczem Boga, pozdrawiają się takimi właśnie anielskimi uśmiechami.

X.

Po zaliczeniu egzaminów Marcinek otrzymał promocję do klasy piątej i wrócił na wakacje do Gawronek. Pan Borowicz przez te lata postarzał się znacznie, gospodarstwo podupadło, a dom powoli zmieniał się w ruinę. Zniszczone sprzęty pokryte były kurzem, brakowało odzieży, a niegdyś piękne klomby, pielęgnowane przez panią Helenę, zostały rozkopane przez zwierzęta.

Marcinek zjawił się w domu rodzinnym pod koniec czerwca, w czasie sianokosów. Następnego dnia ojciec obudził go o świcie i kazał iść na łąkę, aby pilnował kosiarzy. Przed wyjściem chłopca, ojciec dał mu dubeltówkę i torbę myśliwską, a malec rzucił mu się do rąk. Pobiegł nad staw i nagle z wody zerwały się cztery kaczki. W duszy Borowicza rozbudziła się myśliwska namiętność, lecz najpierw postanowił odwdzięczyć się ojcu za pozwolenie korzystania z broni i sumiennie wypełnić obowiązki dozorcy.

Po chwili nadeszli chłopi. Marcin pozdrowił ich i zasiadłszy pod olszyną, zaczął oglądać fuzję. Kiedy słońce pojawiło się nad górami, podszedł nad brzeg rzeki i spod jego nóg zerwał się bekas. Chłopiec wystrzelił, lecz nie trafił w ptaka. Zaczął skradać się cicho i za zakrętem dojrzał dwie kaczki. Rzuciwszy się w trawę podpełzł bliżej, całkowicie pochłonięty polowaniem. Kiedy pan Walenty zjawił się na łące około siódmej dostrzegł w oddali sylwetkę syna, który cały czas starał się ustrzelić jakiegoś ptaka.

W końcu Marcin dotarł do lasu i usłyszał śpiew. Za krzakami ujrzał małą dziewczynkę, pasterkę, która na jego widok zaczęła uciekać z głośnym płaczem. Tego dnia mały Borowicz wędrował po lesie, zapominając o śniadaniu, obiedzie i podwieczorku. Wrócił do domu w nocy i nie dostawszy od ojca nagany, całkowicie oddał się nowej pasji. Wstawał o świcie, brał dubeltówkę i znikał na wiele godzin. Jego polowania polegały głównie na tropieniu ptaków. Błądząc po okolicy zachodził często do pobliskich wsi, które rozciągały się u podnóży wzgórz. Mieszkali tam ludzie, którzy nadal przestrzegali prastarych wierzeń, obyczajów i praw. Prawie wszyscy byli kłusownikami.

W Bukowcu mieszkał chłop Scubioła, który wywłaszczył z siedzib wielu mieszkańców, a innych ujarzmił. Miał ogromne gospodarstwo, udzielał pożyczek każdemu, kto się do niego o to zwrócił, a procent odbierał w płodach naturalnych. Wielu biedniejszych włościan stało się z czasem parobkami Scubioły.

Najbiedniejszą wioską w okolicy były Gawronki, liczące osiemnaście gospodarstw. Chłopi posiadali nie więcej niż trzy morgi gruntu, żaden z nich nie miał konia. Zimą krowy, cielęta i kozy mieszkały w izbach razem z ludźmi. Wieś położona była pod górą i spływające wody przez wiele lat niszczyły urodzajne gleby. Kiedy zbliżał się czas orki, gawrończanie udawali się do Scubioły z prośbą o pożyczenie koni czy też parobka, a w zamian chłop pobierał rozmaitą zapłatę.

Najuboższym chłopcem w Gawronkach był Lejba Koniecpolski, który do orki pożyczał od sąsiada krowę, a do brony zaprzęgał sam siebie lub żonę. Rodzina Koniecpolskich była liczna i mieszkała w pochylonej chacie z jedną izbą. Lejba był rzemieślnikiem – wyrabiał z rzemienia trepy o drewnianej podeszwie. Zimą skupywał stare buty. Wiosną sprzedawał chodaki, lecz latem jego rodzina żyła w skrajnej nędzy, a Lejba wówczas jeździł do miasta i przywoził chleb, który sprzedawał we wsi, zarabiając po dwa grosze na jednym bochenku.

Najgorszą jednak porą roku dla Koniecpolskich był czas, kiedy wszyscy ze wsi szli na roboty sezonowe, a stary Lejba pozostawał w opuszczonych Gawronkach, przymierając z żoną i dziećmi głodem. W tych właśnie ciężkich dniach Marcinek Borowicz często spotykał wśród dojrzewających zbóż zapłakanego Lejbę.

Najbardziej znaną osobistością w okolicy był Szymon Noga – mistrz w sztuce łowieckiej. W latach młodości wygrywał na polowaniach zakłady ze szlachtą, że pięcioma strzałami zestrzeli w locie pięć jaskółek. Był to człowiek znający świat zwierząt i zajadły tropiciel. Marcinek zawsze go lubił i często wsłuchiwał się w opowieści Nogi o życiu zwierząt.

Mężczyzna nie chodził na prace sezonowe („bandosy”), wysyłał na nie żonę i córkę, a sam siedział w domu i wieczorami wyruszał na kłusownicze łowy. Mały Borowicz odwiedzał go codziennie i czasami wyciągał do lasu lub w pole. W południe szli razem do zagajnika i kładli się w cieniu drzew, a chłopiec wyciągał z torby jedzenie i dzielił się nim ze swoim towarzyszem.

Pewnego dnia, gdy leżeli w pobliżu drogi przecinającej okolicę, Noga opowiedział historię chłopa, który nazywał się Kostur i mieszkał w Marsławicach. Kostur był myśliwym. Wybuchło powstanie i polskie oddziały stały w lesie. Pewnego razu Kostur wracał od Cieplaków, z fuzyjką ukrytą pod sukmaną, kiedy ujrzał dwóch Moskali na koniach, którzy prowadzili powstańca, przywiązanego sznurem do konia. Chłop obserwował jak Rosjanie biją szlachcica i ogarnięty litością, strzelił do jednego z Moskali. Drugi odwiązał jeńca i uciekł.

Powstaniec zmarł, a Kostur pogrzebał go pod świerkiem. Później znalazł przy Rosjaninie pieniądze, które zabrał i od tego czasu często wyprawiał się na rabusiów. Marcinek słuchał obojętnie opowieści Szymona. Przekonania polityczne chłopca były słabym odbiciem nauk radcy Somonowicza i goryczy ojca, który w powstaniu stracił fortunę, spędził wiele lat w więzieniach i doznał wielu krzywd od wodzów rewolucji. O wiele chętniej wolał rozmawiać z Nogą o polowaniach.

Kiedy myśliwy nie mógł towarzyszyć małemu Borowiczowi w wędrówkach, chłopiec spędzał czas wolny w altanie, miejscu, które odnalazł wkrótce po przyjeździe do domu i w którym urządził sobie schronienie, zachwycony urokiem i ciszą zakątka. Altanka mieściła się w pobliżu zapomnianego źródełka. Przechowywał tam romanse pornograficzne, scyzoryk z długim ostrzem, śrut, kapiszony, szpagaty i gwoździe. Do swojej samotni szedł z należytą ostrożnością, tylko sobie znaną ścieżką. Tam oddawał się bezczynności i marzeniom.

Od pewnego czasu Szymon Noga ciągle wspominał mu o głuszcach, które według niego zagnieździły się w znanym mu miejscu. Obiecał Marcinkowi, że zaprowadzi go tam i nauczy wabić ptaki. Chłopiec z niecierpliwością oczekiwał na ten dzień i zgodnie z zaleceniami myśliwego tuż przed terminem wyprawy kupił wódkę, wysmarował nią siebie, torbę i dubeltówkę, ponieważ głuszce miały rzekomo ciągnąć do zapachu alkoholu. O świcie Noga czekał na małego Borowicza na skraju lasu. Malec w największej tajemnicy zakupił w karczmie pół garnca wódki, zabrał ze spiżarki całą kiełbasę, bochenek chleba, ser i masło i tak przygotowany, zjawił się w umówionym miejscu. Szymon kazał chłopcu jeszcze raz natrzeć się spirytusem, później sam uczynił to samo i w końcu ruszyli pod górę Józefową. Po jakimś czasie dotarli do zacienionego zagajnika.

Myśliwy usiadł na ziemi i wyjąwszy jakiś przedmiot, zaczął dmuchać w zakończenie z piórka, wydobywając różne dźwięki. Marcinek wpatrywał się w niego jak zauroczony. Z bijącym sercem siedział w gęstwinie, zapatrzony w las. Dopiero przed południem Noga przestał wabić głuszce, z żalem stwierdziwszy, że ptaki najwyraźniej przeniosły się w inne miejsce. Zjadł prawie cały zapas jedzenia i przeszli wyżej. Tam kazał usiąść chłopcu na ziemi, podał mu wabik i polecił dmuchać w niego. Marcinek spełnił rozkaz Szymona, a ten zniknął w zaroślach, zapewniając, że ptaki za chwilę się pojawią. Marcinek wabił głuszce przez kilka godzin i dopiero pod wieczór zaczął tracić nadzieję. Kiedy zapadł zmierzch postanowił odnaleźć myśliwego, by wrócić do domu. Nagle usłyszał jakieś pogwizdywanie i dziwny bełkot. Chwyciwszy strzelbę, zaczął skradać się, ciesząc, że wreszcie ujrzy wymarzonego ptaka. Zamiast tego zobaczył Nogę, który leżał pod drzewem i chrapał. Obok niego leżała pusta butelka po wódce.

Dopiero później Borowicz dowiedział się, że owa maszynka służyła do wabienia słomek i że głuszców od kilkudziesięciu lat nikt w tamtych lasach nie widział.

XI.

Po powrocie z wakacji Marcinek zastał duże zmiany w gimnazjum. Na emeryturę odszedł dyrektor, inspektor został przeniesiony do innej szkoły, odeszli również stary Leim, dwaj nauczyciele historii i jeden z pomocników gospodarzy klas. W zarządzie szkoły pojawili się: dyrektor Kriestoobriadnikow, inspektor Zabielskij, nowy nauczyciel łaciny Rosjanin Pietrow, pomocnik gospodarzy klasowych Mieszoczkin i nauczyciel historii Kostriulew.

Również ogólny nastrój i wygląd szkoły uległy radykalnej zmianie. Starsi uczniowie poczuli, że ujęto ich w karby dyscypliny, woźny Pazur zamilkł, a nauczyciele polscy nie rozmawiali z uczniami poza murami gimnazjum, a jeśli zaszła taka konieczność, konwersacja odbywała się w języku rosyjskim. Zostały wprowadzone nowe obrzędy szkolne. Już podczas inauguracji roku szkolnego inspektor wygłosił niezwykle patriotyczne przemówienie, którym sam wzruszył się do łez, lecz dla uczniów pozostał zupełnie niezrozumiałym.

Uczniowie klerykowscy z niepokojem obserwowali działania nowego inspektora. Przede wszystkim przeprowadzono szereg zmian na stancjach. W każdej wyznaczono „starszego”, który miał obowiązek pilnować młodszych kolegów. Wprowadzono również książki wydaleń się z mieszkania, w których należało zapisywać każdą nieobecność ucznia oraz skargi na złe prowadzenie się współlokatorów. Pomocnicy gospodarzy i nauczyciele zostali wciągnięci do pewnego rodzaju organizacji policyjno – śledczej. Musieli odwiedzać stancje w określonych odstępach czasu, dniem i nocą. Odbywały się wówczas rewizje, przeglądanie osobistych rzeczy, a nawet podsłuchiwano pod oknami lub zjawiano się nieoczekiwanie nad ranem w pokojach uczniów. Ze stancji zniknęły książki polskie, choć uczniowie nadal wymykali się o północy w celach im wiadomych.

Wprowadzony porządek, rewizje i wizyty wpływały źle na moralność uczniów mieszkających na stancjach, dla których pobyt w szkole stał się równoznaczny z więzieniem. Zdarzało się często, że po przebudzeniu w pokoju zastawali Mieszoczkina, podczas lekcji byli pilnowani przez nauczycieli, po południu czekali na zjawienie się ich na stancji, a w nocy obawiali się, że zostaną zbudzeni przez któregoś z opiekunów.

System pilnowania i kontrolowania uczniów przyczynił się ostatecznie do rozdziału między nauczycielami a uczniami. Co prawda wcześniej nie było jakiegoś pozytywnego porozumienia między tymi dwoma obozami, a areną rozgrywek do czasu przybycia nowego dyrektora była szkoła. Patriotyczna gorliwość śledzących skupiła się przede wszystkim na przestępstwach politycznych i cała walka uczniów z nauczycielami przybrała z czasem cechy politycznego sporu. Za czasów starego dyrektora nauczyciele Polacy starali się łagodzić zatargi z uczniami. Z nastaniem nowej władzy w szkole wszelkie znajomości zostały zerwane. Nauczyciele wycofali się, dbając głównie o swoje posady i pozostawili młodzież samej sobie.

Kriestoobriadnikow i Zabielskij byli politykami nietuzinkowymi. Nie wszczynali awantur z rodzicami i nie prześladowali uczniów. Kiedy złapano jakiegoś chłopca na łamaniu przepisów, winę zawsze darowano, a gdy trzeba było ukarać – czyniono to niezwykle wyrozumiale i pobłażliwie. W sytuacjach sporu między uczniem a nauczycielem Polakiem dyrektor i inspektor stawali zawsze po stronie ucznia, starając się wyprosić u nauczyciela zaniechanie kary. System ten wywarł wpływ na gimnazjalistów, którzy co prawda drżeli przed nowym zarządem, ale jednocześnie zyskali zwolenników w walce z nauczycielami Polakami. Kierownictwo szkolne rozszerzyło swoją działalność na miasto i okolice, a także na całą gubernię i kraj. Ich praca opierała się na dwóch celach. Skupiali się więc na wzmocnieniu życia ludzi ruskich w Klerykowie oraz na odpolszczeniu tak zwanych Polaków.


Jednym z czynników odpolszczania było nieudzielanie pozwolenia uczniom na udział w polskich przedstawieniach. Natomiast jesienią z inicjatywy dyrektora gimnazjum zaczęto organizować amatorskie teatry rosyjskie, z radością popierane przez napływającą do Klerykowa ludność rosyjską. Z konieczności wspomagali ten plan „Nadwiślanie”, zajmujący jakiekolwiek wyższe stanowiska w mieście. Ludność miejscowa wykazywała bierność, choć w dalszym ciągu mówiono w języku ojczystym.

strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 -  - 6 -  - 7 -  - 8 -  - 9 - 


Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij




  Dowiedz się więcej
1  Ramowy plan wydarzeń Syzyfowych prac
2  Syzyfowe prace jako dokument epoki i "pamięć rzeczy przeżytych"
3  Motywy literackie w "Syzyfowych pracach"