Opracowanie

Kwiaty polskie - analiza i interpretacja

Autor: Małgorzata Haze Czas czytania: 23 min
Spis treści
  1. Wiersz w pigułce
  2. Sytuacja liryczna
  3. Analiza i interpretacja
  4. Środki stylistyczne
  5. Konteksty
  6. Matura
  7. Test

Wiersz w pigułce

„Kwiaty polskie” to monumentalne dzieło pisane przez Juliana Tuwima na uchodźstwie, stanowiące poetycki rachunek sumienia i wyraz potężnej tęsknoty za krajem. Utwór łączy osobiste wspomnienia z dzieciństwa w Łodzi z brutalną oceną polskiej rzeczywistości oraz wojennym koszmarem. Fabuła schodzi tu na dalszy plan, ustępując miejsca rozbudowanym dygresjom, refleksjom i inwokacjom. Tytułowy bukiet staje się wieloznaczną metaforą narodu, w którym piękno i prostota mieszają się z wadami. Czytając ten poemat, obcujemy z jednym z najważniejszych tekstów polskiej emigracji wojennej.

  • Autor: Julian Tuwim
  • Tytuł: Kwiaty polskie
  • Data powstania: 1940–1944
  • Epoka: Współczesność (literatura wojenna i okupacyjna)
  • Rodzaj literacki: epika (z silnymi elementami liryki)
  • Gatunek: poemat dygresyjnyUtwór epicki, w którym luźna fabuła jest tylko pretekstem do licznych odautorskich refleksji i dygresji.
  • Budowa: utwór podzielony na części i rozdziały, pisany w większości dziewięciozgłoskowcem ze średniówką po piątej sylabie, rymy dokładne.
Rozwiń tekst utworu
Julian Tuwim

Kwiaty polskie

Próchno się w gwiazdy rozlata…
Słowacki

И всюду страсти роковые…
И от судеб защиты нет…
Puszkin

Żonie

Część pierwsza

Rozdział pierwszy

I

Bukiety wiejskie, jak wiadomo,
Wiązane były wzwyż i stromo.
W barwach podobne do ołtarza,
Kształt serca miały lub wachlarza
Albo palety. Z niej to, kwietnej,
Kolory brał bohomaz świetny,
Rafael Rawy i Studzianny,
Kiedy ku czci Najświętszej Panny
Malował uczuć swoich kwiaty
W tonacji bladej, choć pstrokatej.
Ja nie o wiechciach z byle chwastu,
Stawianych na werandzie na stół,
Nie o wiązankach z kwiatów polnych,
Może i wdzięcznych, lecz dowolnych,
Nie o «naręczach», specjalności
Wiochen i starszych dam rozwianych,
Noszących je dla wykazania
Polskości swej lub niewinności;
Ja o bukietach z kunsztem, ładem,
Z przewodnią myślą i układem,
O zaściankowych, niestołecznych,
Lecz ogrodniczych, lecz dorzecznych,
Z kwiatów ścinanych nożycami,
Ściąganych pasemkami łyka
Przez popękane, czarnoziemne,
Zgrubiałe ręce ogrodnika.
Spójrz, jak przejmuje i przetyka
Łodygi ich między palcami,
Jak coraz nową barwą plami,
Przeplata, więzi i zamyka,
Znów kładzie, przewiązuje, ściąga,
Palcami jak na drutach robi -
I rośnie wizja półokrągła,
On wzmacnia ją, przystraja, zdobi,
Śledzi spod gęstych brwi oczyma,
Jak pełznie w górę klombik pnący,
A taśmę łyka w zębach trzyma,
Milczek surowy - bo tworzący.

Patrz: znowu wybrał - odgryzł - wstawił,
Na przejmy chwycił i przewinął,
Łyczaną ścieśnił pępowiną
I świeżym rzutem pojaskrawił,
Tu tknął, tu trzepnął, tutaj prztyknął,
A bukiet zaraz się odezwał:
Rezedą szepnął, różą krzyknął,
Westchnął, pokiwał się i przestał.
Więc on palcami po bukiecie
Przejechał się jak po szpinecie,
Falistym musnął go pasażem
I wtem - do góry go nogami.
Łodygi chlasnął nożycami,
Że aż omdlały pod żelazem,
Aż dreszczem poszło przez ogrody,
Aż pobladł w grządkach lud pstrokaty…
Więc mistrz nabiera do ust wody
I opryskując cuci kwiaty.

Jakiż to bukiet? Zaraz służę
Opisem ścisłym. Najpierw róże.

Nie karminowe, kosmetyczne,
Róże królowe poetyczne.
Pragnące, pachnąc, uszczęśliwić,
Z łodygą jak balowa kibić:
Metr wysokości, płatki rżnięte
W krwawym koralu, zawinięte;
Róże Hiszpanki feudalne,
Nieopisanie seksualne,
Przy których by sam rubin pobladł,
Z jakimi na bajeczny obiad
Przychodził bogacz pełnokrwisty,
Lawendą woniejący ogier,
Do giętkiej i wysokonogiej
Panny Anieli - smutnej, czystej,
Szarojedwabnej, no i z tymi
Wargami z lekka mięsistymi,
Którymi, po koniaku ciemnym
I mocnej kawie na wanilii,
Chwytała róży płomień silny
I warg Alfreda smak korzenny.
Piękna Aniela, utrzymanka,
Tańczyła na stołecznej scenie.
Przychodził do niej («po natchnienie»)
Ktoś inny jeszcze prócz amanta:
Marny wierszopis, neurastenik,
Z dziurami w płucach i w kieszeni.
Jest właśnie teraz: zły, pijany
I patrzy w róże wzrokiem szklanym;
Patrzy nie widząc; pije koniak
I młotem żar mu wali w skroniach,
I wie - bez róż - że ją zabije,
Czy dziś, czy jutro, czy za tydzień,
Choć nie wie nic i róż nie widzi,
I ciągle tamten koniak pije.
A róże niezauważone
Jak rany jątrzą się czerwone,
Osypujące pierś kochanki,
Pięknej Anieli-utrzymanki.
I oto krwi morderczej kurzem
Już dymią gorejące róże…
Jak dziś, jak jutro, jak za tydzień,
Żegna się i do «Adrii» idzie.
Ja też tam siedzę z moją żoną,
Bardzo daleko zapatrzoną;
I patrzy na nas krwisty, brwisty,
Pijący przy stoliku whisky,
I puszcza z gęby kłęby dymne,
A w kłębach widać czerwonawe
Płatki odblasków, prawie krwawe,
I huczy noc pijackim hymnem…
Więc to nie takie róże. Inne.

W bukiecie wiejskim, jak wiadomo,
Róże są skromne, bo po-domu;
Nie tkwią w kryształach na wystawie
Za lśniącą taflą szkła w Warszawie,
Nie sterczą swą łodygą długą,
Jakby połknęły jedna drugą;
Bez aspiracji do salonu,
Bez wywodzenia się z Saronu,
Bez dąsów, pąsów i purpury,
Nie zadzierają głów do góry;
Jak porzucone narzeczone,
Trzymają główki opuszczone,
A oczy wznoszą - i tak trwają,
I spoglądając - przepraszają.
Owe z cieplarni emigrantki,
Sztamowych biedne familiantki,
Nie są wyniosłe ni zawistne,
Lecz dobroduszne, drobnolistne.
Gęste i niskie, krasne, kraśne.
Zawsze z żółtawym proszkiem w środku,
Dobre przy bluzkach u podlotków
Lub w szklance. Takie róże właśnie.
A woń kwiatowej mają wody,
Świeżej jak w mojej Łodzi młodej
Kwietniowy dyngus na Piotrkowskiej
I uśmiech Zosi Opęchowskiej.
Gdzie jesteś dziś, dziewczyno śliczna
O dwu warkoczach wyzłoconych,
Na pierś, wzdłuż ramion, przerzuconych,
Smukła i smagła, i pszeniczna,
Miodna, dysząca plonem pszczelnym
I wiatrem w zbożu pochylonem,
I wczesnym na wsi dniem niedzielnym,
Gdy kolorowe, krochmalone,
Krajkami szumiąc wzorzystymi,
Ścieżką przydrożną idą z sioła
Kwietne dziewczęta do kościoła:
Z oczyma niebu odjętymi
I chabrom inowłodzkiej ziemi;
Choć wystrojone, idą boso,
Trzewiki na ramionach niosą.
Wcześnie na świecie - i po łące
Świeżości płyną parujące.
Ja, siadłszy na zwalonym drzewie,
Patykiem w pniu żywicznym grzebię,
Wyciągam bursztynowe pasmo
W nitkę wciąż cieńszą, aż pajęczą;
Las pachnie mocno, kwiaty brzęczą;
Zamykam oczy - jak w nich jasno!
Otwieram oczy - co to? o czem?
Urwana nitka… Gdzie warkocze?
Gdzie echo napiętego rymu?
Gdzie wiersz? gdzie sen?
«Kłębami dymu
Niechaj otoczę się»… I płaczę.

Drobnomieszczańskie nasze róże,
Różyczki raczej lub różęta,
Tak jak je widzę i pamiętam,
Z barwy przyrównałbym tynkturze
Na siódmej wodzie po purpurze.
Coś miały z barszczu i coś z malin
Rosnących dziko śród rozwalin,
Gdzie żużle, cegły, osypiska
I złom kredowy w słońcu błyska,
I rozpalony wielki kamień
(I błystki lśniącej miki na nim,
A pod nim wilgny, chłodny piasek
I panika spłoszonych mrówek:
Dla skarbów wymarzony schówek,
Więc ukrywałem je tam czasem…
O, czarodziejstwo tych kryjówek!) -
Gdzie stary trzewik szpilki szczerzy,
Gdzie zardzewiały nocnik leży,
Gdzie na cykorii kwiat niebieski,
Falując, siada paź królewski,
Progenitury półjaskółczej,
Skrzydełka składa i rozkłada
I w lot - i na dziewannę spada:
Bardziej mu swojsko tam, bo żółciej;
Gdzie stare gonty, klepki z cebra
I smród, i żar, i końskie żebra
Albo zbielały kundla szkielet,
I potłuczone szkło butelek,
Przez które widać świat na piwno,
Gdzie rozeschnięte kół obręcze.
Gdzie chaos zielska i rozbrzęczeń,
Gdzie parzę się o dzicz pokrzywną
I siekę kijem, mały wariat.
Roślinny lumpenproletariat -
Tam zawsze w rumowisku owem
Stał malinowy krzak, przybłęda.
Sam nie wie, jak się tu przyszwendał,
Lecz rósł, lecz trwał - i malinowe
Grube łzy ronił… Jednym słowem,
Róż wiejskich czerwień rozcieńczona
Coś miała z malin, coś z buraków,
Coś z pomidorów i coś z raków,
Ot, jakaś niedoczerwieniona.

Ogrodnik, czuły na harmonię
I rozkład sił między barwami,
Rezedę przypiął pod różami.
Poeta dałby tu piwonie,
Lewkonie albo pelargonie,
Żeby słuchowi była radość,
By rymem wzmocnić, tę harmonię -
Lecz on, kwiecistej znawca flory,
Patrzącym oczom czyniąc zadość,
Dbał nie o rymy, lecz kolory.
Posłuszny tedy barw naturze,
Kępką rezedy podparł róże.
Bo jeśli czerwień róż naoczna
Jakaś barszczowa jest, uboczna
(Patrz wyżej, bo już nie powtórzę),
To zieleń, tutaj mu niezbędna,
Też musi w tonie być podrzędna,
Inaczej - zginą biedne róże…
Przez zieleń brnąć i jej odcienie
Można, jak wiemy, nieskończenie
(Patrz Zieleń, bo już nie powtórzę),
Lecz gdy się pióro raz rozjedzie
(Rok nie pisałem, nawet dłużej),
To trudno! muszę o rezedzie.

Jak barszcz (pamiętaj i o uszkach!)
Przedstawił róże-prowincjałki,
Tak o rezedzie - ulęgałki
Niech barwą świadczą; owoc miałki,
Bękarty po karlicach gruszkach.
Zgniławe były i rudawe,
A gdy rozgryzłeś miąższ ich cierpki,
Fermentujący, ziarnkowaty,
Widziałeś brąz - brąz taki prawie
Jak cukier umoczony w kawie.
A przysypane są te kwiaty
Rdzą bardzo świeżą lub przetartą
Pomarańczową skórką. Rosną - -
Nie wiem, jak rosną; lecz że mszyste,
Gąbczaste, wilgne i porzyste,
Jakby szczeliny w nich otwarto,
By chłód chłonęły i ciemń nocną -
I że są rdzawe, więc w pobliżu
Musi być woda zielonawa,
Staw zarzęsiony, zgniła trawa
I jar bedoński na Zakrzyżu
- I stąd ten przyrodzony wyrzut,
I leśność kwiatu stąd wynika
(Za pozwoleniem botanika,
Który mi tutaj racji nie da,
Bo - ogrodowa jest rezeda).
A pachnie - Właśnie! Jak opiszę
Woń, którą kwiat swobodnie dysze?
Ile słów trzeba i łamańców!
Jaki zawiły sprzęgnąć muszę
Metafor i porównań łańcuch!
Jak mózg utrudzę i wysuszę,
Zanim wykrętnie i wymyślnie
Pióro tę woń w wyrazy wciśnie,
W słowa bezradne i bezsilne,
W fałszywe słowa i omylne,
Co już, tuż-tuż, są niby blisko,
Już wlazły w kwietny pył jak osa -
I nic. A przytknąć kwiat do nosa,
Powąchać raz - i wie się wszystko.
Weź jaśmin. Choćbyś zamknął oczy,
On całą jaśmień mleczną leje
I żółtą farbką złociścieje,
I blaski listków swoich toczy,
I pąki jak jajeczka ptasie,
I giętkich krzaków gąszcz i trzepot
- Wszystko na dłoni masz, głuptasie,
Gdy raz nim westchniesz choć na ślepo.
A róża, pachnąc samej sobie,
Sobie i głupiej twej osobie
(I niezawodnie innym różom,
Które na wyścig tamtej wtórzą),
Róża, wkrwawiona w dzień rozgrzany,
Składa ci paszport swój różany.
Ona w ogrodzie, ty w pokoju,
Ale ci całą siebie powie,
Jeśli na chwilę dzień u znoju
Wybłaga upragniony powiew:
Ten aromatów wierny aliant
Przywionie przez otwarte okno
Nią jedną tchnący, oczywisty,
Cudowny dowód osobisty,
Zawierający personalia.
Jak pachną niezapominajki
W glinianej misce pod kamieniem?
Jak narcyz, biały książę z bajki,
W kryzie, z zieloną długą szpadą?
Jakim wyrazić mam imieniem
Woń miękkiej mięty nad strumieniem?
Za aptekarską stanąć ladą
I poczęstować czytelnika
Pastą do zębów albo proszkiem?
A może pani dobrodzika
Pozwoli eliksiru troszkę?
A może podam na ochłodę
Angielkę pepermintu z lodem?
Bardzo orzeźwia zgrzanych gości,
A także, co do zieloności…
Rzecz by to była niepojęta,
Gdyby po tylu porównaniach
Ktoś nie wyrobił sobie zdania,
Jak (najdokładniej) pachnie mięta.
Z tym zastrzeżeniem i pointą
(Niechaj czytelnik się nie żachnie),
Że to nie mięta nimi pachnie,
Lecz wprost przeciwnie: one miętą.
Stwierdziwszy tedy niewątpliwie,
Że z «opisami» wielka bieda,
Należy uznać, że właściwie
Rezeda pachnie - jak rezeda.

A polski bez jak pachniał w maju
W Alejach i w Ogrodzie Saskim,
W koszach na rogu i w tramwaju,
Gdy z Bielan wracał lud warszawski!
Szofer nim maił swą taksówkę
Frajerów wioząc na majówkę,
Na trawkie, pifko i muzykie;
Gnał na sto jeden, na rezykie;
A wiózł śmietankie towarzyskie:
Kuchtę Walercię, tę ze Śliskiej,
Burakoszczaka z Czerniakowskiej
I Józia Gwizdalskiego z Wolskiej.
Byli spocone i zziajane
I wszystka trzech w drebiezgi pjane,
I jak jechali bez Pułaskie,
Fordziak w latarnię wyrżnął z trzaskiem,
I przybiegł (tyż pod gazem krzynkie)
Flimon szarpany za podpinkie.
Szofer czarował go natralnie,
Że on zapychał leguralnie
I «Niech ja skonam, niech ja skonam
(Zawsze dwa razy! rzecz stwierdzona),
Skoro jeżeli znakiem tego
Nie jest to wina bzu danego,
Któren cholernie się uwietrzniał
I mocny zapach uskuteczniał;
Ciut, ciut mnie z niego zamroczyło
I właśnie bez to się zdarzyło».
Policjant mówił: «Ja nie frajer
I pan nie weźmiesz mnie na bajer,
Pan się zatrudniasz ankoholem» -
I nagle krzyk: «To ja chromolę!»
I «Nie bądź pan tu za szemrany!»
A kuchta w pisk: «Zabiją! Rany!»
A Józio w pysk, a Józia w mordę,
I już w powietrzu pachnie mordem,
I wszyscy do komisariatu,
A z winy - majowego kwiatu.
Potem to ślicznie Wiech uwieczniał,
Z daleka więc do pana Wiecha
Pełen wdzięczności się uśmiecham…
I cóż pan teraz uskutecznia?
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

…Więc jak pachniałeś, bzie warszawski,
Kiedy, rażąca i nieznośna,
Przyszła, ruiny strojąc w blaski,
Nowej niewoli pierwsza wiosna?
Gdy szafirami cię uświetnił
Bezwstydnie piękny strop niebieski,
Ty, znad ogrodzeń wzdłuż Królewskiej,
Z zarośli przy Teatrze Letnim,
I ty, od Żabiej, od Niecałej
I z tego wzgórza ponad stawem,
Na którym, w owym wrześniu krwawym,
Ptaki, od huku oszalałe,
Przed śmiercią - jeszcze pożegnały
Łabędzią pieśnią swą Warszawę!
Jakżeś się wstydem nie zapłonił,
Kiściami pachnąc obfitymi?
Nic nie mów. Nie chcę znać tej woni.
Lecz już chrapami rozdętymi
Węszę twój mokry, chłodny zapach,
Gdy znów nurtować będę w krzakach
Świeżego bzu na wolnej ziemi.
O, jakie salwy aromatu
Zagrzmią z gałęzi twych kwitnących,
Z pąków na wiwat pękających.
Na zazdrość i na dziw armatom,
Armatom tobą umajonym.
Grzmocącym hordy rozgromione
Tych zbirów, łotrów, szuj, psubratów,
Swołoczy, bydła, ścierw, szubrawców.
Łajdaków, chamów, szelm, plugawców,
Kanalii, drani, nikczemników,
Opryszków, hyclów, rozbójników,
Zdzierców, pijawek, włamywaczy.
Oszustów, kłamców, podpalaczy,
Bandytów, chciwców, kieszonkowców,
Świń, hijen, wściekłych psów, nożowców,
Rabusiów, szantażystów, katów,
Tych zbirów, łotrów, szuj, psubratów
(Proszę powtórzyć znów da capo…),
A to nie tylko o gestapo,
O hitlerowcach czy «rasistach»
Ta komplementów długa lista…
Nie! To katalog synonimów
(Ozdobny garstką kiepskich rymów)
Do słowa «Niemiec». Nie w szczególe
Do Volksdeutsch, ale Deutsch w ogóle.
A że «Dichtery» i «Denkery»,
To nie pomoże. Będę szczery:
Bo «Dichtung» jedno, «Wahrheit» drugie.
Nie wdając się w dyskusje długie
Przyznam, że wielbię ich poetę
Nazwiskiem Goethe. Goethem Goethe,
Bach Bachem i Dürerem Dürer,
A zbójem jest nie tylko Führer,
Lecz cały szczep - z babami, dziećmi,
Cały teutoński ród bezecny!
Miał Goethów czy ich nie ma właśnie,
To niech go jasny piorun trzaśnie,
Łączny: Wotana i Jehowy!
O, strzel najprędzej, bzie majowy!

I wy, warszawskie psy, w dniu kary
Psi obowiązek swój spełnijcie,
Zwyjcie się wszystkie i zbiegnijcie
Straszliwie pomścić swe ofiary.
Za psy bombami rozszarpane,
Za zmarłe pod strzaskanym domem,
Za te, co wyły nad swym panem,
Drapiąc mu ręce nieruchome;
Za te, co z wdziękiem beznadziejnym
Łasiły się do nieboszczyków,
Za śmierć szczeniaczków, co w piwnicy
Jeszcze bawiły się w koszyku;
Za biegające rozpaczliwie,
Pozostawione po mieszkaniach,
W dymie duszące się, półżywe,
Pamiętające o swych paniach;
Za nastroszone, za wierzące,
Że człowiek wróci - bo pies czeka:
I tak, w pozycji czekającej,
Siadł ufny pies na grób człowieka;
Za wzrok błagalny, przerażony
Tumultem, trzaskiem, pożarami,
Za psy, co same pazurami
W ogrodach ryły sobie schrony -
Za wszystkie męki i niedole,
Własne i tych, co was kochali
Śród wspólnych ścian i śród rozwalin,
Zwyjcie się, bracia, na Psie Pole!
Niechaj w was wściekłe piany wzbiorą
I hurmem w trop zdyszaną sforą,
W trop, kiedy z Polski będą dymać
I tylko pludry w garści trzymać!
O cegły gruzów kły wyostrzcie
I o zbielałe ludzkie koście,
A gdy ich dopadniecie - skoczcie
Do grdyk, brytany, do gardzieli!
Ostrymi kłami wgryźć się, szarpnąć,
By nie zdążyli, hycle, charknąć!
Do grdyk, wilczyce! A pazury
W ślepia! by nawet nie mrugnęli.
A powalonych niech opadną
Wojska pomniejszych psów-mścicieli.
Niech ich poszarpią na kawały.
Żeby i matki nie wiedziały,
Gdzie szukać rozwłóczonych cząstek!…

Bo nasze - też nie znajdywały
Główek swych dzieci, nóżek, piąstek…


II

Ero kamienia łupanego,
A jeśli bliżej - to Asyrio!
Prawieku, w który myśli biegą,
Wspomnień maligno i delirium!
Przedpotopowe czy kopalne,
Znieruchomiałe czasy ludów!
Panopticum prowincjonalne,
Jarmarczna kosmoramo cudów!
(O, czarodziejskie widowisko:
Mekka, Wezuwiusz, chińskie mury,
Hamburg, Wenecja z gołębiami
I papież w lektyce - a wszystko
Z wychodzącymi za kontury
Bardzo rzewnymi kolorkami…)
O, kalkomanio sprzed lat tylu!
O, «Muchy», «Kolce» i «Bociany»!
Stary, poczciwy wodewilu,
Przez amatorów odegrany:
Z kupletem o automobilu,
Z mężusiem, co kobitki lubi,
Teściową, która majtki gubi,
I jak ją podszedł chytry filut.
Słowem - letnisko tuż pod miastem
W dawnej «Gubiernji Pietrakowskoj»,
I stuknął już, z pomocą boską,
Rok tysiąc dziewięćset dwunasty.
Był to na lato punkt inwazji
Drobnej żydowskiej burżuazji,
Tusculum skromnych i bez herbów
Rodzin Goldbergów i Grynbergów,
Abramowiczów, Jacobsohnów
I klanu gubernialnych Konów
(Tu, zawsze czuły na wspominki,
Miłośnie wzdycham do Halinki).
Nie było tam potężnych szczepów,
Wsławionych w przemysłowym dziele,
Lecz tacy sobie właściciele
Mniejszych fabryczek, większych sklepów,
Bo księstwo o manierach dworskich,
Rody Rotwandów i Przeworskich,
Poznańscy ani Natansony
Nie zaglądały w tamte strony.
Oni po Ritzach, Biarritzach,
Ostendach, badach, zagranicach,
A moi łódzcy Goldbergowie
I co lepszego w Tomaszowie -
Zjeżdżali tu. I tu, nieśmiała,
Panieńsko smutna i nerwowa,
Z Irą i Julkiem przyjeżdżała
Pani Adela Tuwimowa.

Ojciec jest w mieście. Głowę wspiera
Na lewej dłoni, prawą pisze…
…Była uliczka od Piotrkowskiej,
Od tego rogu, gdzie Roszkowski,
Co zwała się «Pasaż Majera»,
Potem Chopina (- a jak teraz
Przezwały ją piekielne zbiry.
Co z Łodzi Litzmannstadt zrobiły?
Ale nam dawną ŁÓDŹ oddacie,
Po strasznej rzezi w Litzmannstadtcie!).
Na tej uliczce, tam gdzie krzaczki,
A naprzeciwko państwo Klaczkin,
Ojciec mój, ojciec nieumarły,
W Azowsko-Dońskim Banku siedzi,
Pisze francuskie długie listy
I liczb sumuje ciąg spadzisty,
I siwiejącą głowę biedzi.
Setki tysięcy wstawia w kratki
Buchalteryjnych swoich rubryk,
A brak mu sześćdziesięciu rubli
Dla nas, tam na wieś, na wydatki.
A weksel… a krawcowi rata…
Znów się zadłuży i załata…
Pisze i pisze w głównej księdze
Fortuny panów fabrykantów,
Zadowolonych posiadaczy
Pałaców, karet i brylantów.
Wybija pierwsza. Zamknął księgę.
Wyjął lusterko kieszonkowe,
Małą szczoteczką i grzebykiem
Przyczesał krótki wąs i głowę -
I w marynarce czesuczowej,
W słomkowym kapeluszu lotnym,
Z laseczką w prawej; lewa z tyłu,
Wychodzi z banku.
Ja, markotny
Myślami o nim, biedą, plamą,
Złymi stopniami, sprzeczką z mamą,
Nową miłością, dość zawiłą,
Idę na hamak - z nienawistną
Książką, bodaj ją dunder świsnął,
Mistyczną, apokaliptyczną,
Z abrakadabrą liter greckich,
Szatańskich szyfrów, cięć zdradzieckich:
Z kabałą trygonometryczną.

Ojciec wstępuje do cukierni
Na swą partyjkę karambolu.
Kładę się. Skwar niemiłosierny.
Za łąką ogród. A na polu
Żniwiarze koszą. Ojciec stawia
Trzy ciężkie kule na zielonym
Suknie bilardu. Dwie są białe,
Jedna czerwona. Wonią zawiał
Gorący oddech. Skier miliony
Migocą w oczach ociężałych.
Cóż z tą miłością będzie, z biedą,
Z tą plamą, co mi życie truje?
Ach, zamalować by ją kredą!…
Cotangens… Ojciec kij smaruje,
Dwa sinus alfa do kwadratu.
Białość i czerwień na zieleni.
Patrzę na łąkę szmaragdową
W kulkach śniegułek, w plamach maków,
O, nieszczęśliwa moja głowo,
Zasypiająca na hamaku!
Książka, na której cień gałązki
Buja migotem listków wąskich,
Wypada z rąk - i jedna zwisa,
Gdy druga odwróconą dłonią
Zasłania oczy. Chwile dzwonią.
Już hamak w senność się wkołysał
I, skrzypiąc, sznur o korę trze się.
Słyszę cosecans cienki osy
I szorstki dźwięk ostrzonej kosy.
I recital kukułczy w lesie,
Metronomicznie odmierzany,
I, w senną sieć zasznurowany,
Wzdłuż ciała czuję złoty tangens
I wraz z Pilicą wpływam w Ganges,
Który, indyjskim będąc wężem,
Kukaniem nakrapianym lśniąco,
Ruchami sprężeń i rozprężeń
Pełznie przez trawę, sen, gorąco
I, jak kipiącym śniegiem, błyska
Upajającą pianą z pyska.
O, jak mi ciężko w tej podróży!…
Ojciec się schylił, złamał, zastygł
W wyraźny wykres, w kąt kanciasty
Dwa sinus beta. Oko zmrużył,
Drugim odmierza. Już odmierzył -
I łokciem w tył! i jak uderzył,
Obudził mnie stuknąwszy białą
W czerwoną, ta znów w białą stuknie,
I w pojedynku bil po suknie
Szpadami barw zamigotało.
Otwieram oczy. Po zielen

Sytuacja liryczna

Podmiot liryczny to wygnaniec, w którym łatwo rozpoznać samego Juliana Tuwima. Mówiący znajduje się na emigracji (w Ameryce Południowej, a później Północnej) w czasie trwania II wojny światowej. Z dystansu tysięcy kilometrów i perspektywy czasu spogląda na opuszczoną ojczyznę. Zwraca się do różnych adresatów: do uosobionych elementów przyrody (np. do warszawskiego bzu) czy do zwierząt (psy warszawskie). Sytuacja liryczna opiera się na mechanizmie pamięci – zmysłowe bodźce wywołują lawinę wspomnień z przedwojennej Łodzi i Warszawy, które płynnie przeplatają się z brutalnymi obrazami wojny.

Analiza i interpretacja

„Kwiaty polskie” to bolesne rozliczenie z dwudziestoleciem międzywojennym oraz próba ocalenia utraconego świata za pomocą poetyckiego słowa. Tuwim buduje wielowarstwową metaforę ojczyzny, wykorzystując motyw układania bukietu. Podmiot liryczny odrzuca sztuczne, salonowe kwiaty na rzecz tych zwyczajnych, rosnących na prowincji. Opisując „drobnomieszczańskie nasze róże”, które przypominają „barszcz” lub „maliny”, autor stosuje potoczne, niemal wulgarne słownictwo. Ten zabieg odziera obraz Polski z romantycznego patosu, sprowadzając go do brutalnego realizmu. Mówiący wyznaje w ten sposób, że kocha ojczyznę prawdziwą, pełną wad i niedoskonałości, a nie wyidealizowaną laurkę.

Pamięć wygnańca działa poprzez zmysły. Poeta mistrzowsko operuje synestezjąŚrodek stylistyczny polegający na łączeniu wrażeń odbieranych przez różne zmysły, np. widzenie zapachów. oraz obrazowaniem olfaktorycznym (węchowym). Kiedy podmiot liryczny wspomina zapach rezedy czy bzu, używa nagromadzenia zmysłowych detali. Pytając retorycznie: „Więc jak pachniałeś, bzie warszawski”, autor dynamizuje tekst i skraca dystans między przeszłością a teraźniejszością. Dla mówiącego zapach staje się wehikułem czasu, przenoszącym go z bezpiecznej emigracji prosto w koszmar zrujnowanej stolicy.

Dobrze wiedzieć
„Kwiaty polskie” nawiązują formą do „Beniowskiego” Juliusza Słowackiego. Tuwim wykorzystuje poemat dygresyjny, aby swobodnie przechodzić od błahej fabuły do fundamentalnych rozważań o narodzie, języku i historii. Zmieniający się rytm wiersza odzwierciedla emocjonalne rozedrganie podmiotu lirycznego.

Utwór nie jest jedynie nostalgiczną sielanką. W fragmentach poświęconych wojnie i okupantom podmiot liryczny daje upust czystej nienawiści. Autor stosuje tu gwałtowne wyliczenia, nazywając wrogów ciągiem obelg: „Zbirów, łotrów, szuj, psubratów, / Swołoczy, bydła, ścierw, szubrawców”. To nagromadzenie wulgaryzmów i epitetów całkowicie rozrywa klasyczny, dziewięciozgłoskowy rytm wiersza. Podmiot liryczny krzyczy z bezsilności, a słowo poetyckie staje się jego jedyną bronią przeciwko zbrodniarzom niszczącym jego kraj.

Szczególnie przejmujący jest fragment apostrofy do zwierząt. Autor nadaje im cechy ludzkie, wzywając je do zemsty:

I wy, warszawskie psy, w dniu kary / Psi obowiązek swój spełnijcie
Ten niecodzienny chwyt potęguje grozę wojny, odwracając uwagę od ludzkiego cierpienia na rzecz instynktownej furii. Podmiot liryczny ukazuje w ten sposób całkowity upadek cywilizacji – skoro ludzie zostali wymordowani, sprawiedliwość dziejową musi wymierzyć brutalna natura.

W opozycji do wojennej grozy stoją dygresje o łódzkim dzieciństwie. Wprowadzając postać ojca pracującego w banku, autor zwalnia tempo narracji. Użycie przerzutniPrzeniesienie części zdania do następnego wersu, co akcentuje wybrane słowa i zmienia intonację. w wersach: „A brak mu sześćdziesięciu rubli / Dla nas, tam na wieś, na wydatki” zawiesza głos czytelnika i mocno akcentuje materialne troski rodziny. Mówiący ucieka w te prozaiczne wspomnienia, szukając azylu przed okrucieństwem wielkiej historii. Sen w hamaku i matematyczne majaki stają się bezpieczną przestrzenią, do której wojna nie ma dostępu.

Środki stylistyczne

  • Wyliczenie – „Zbirów, łotrów, szuj, psubratów, / Swołoczy, bydła, ścierw, szubrawców” – oddaje niepohamowany gniew podmiotu lirycznego i dynamizuje wypowiedź.
  • Apostrofa – „Więc jak pachniałeś, bzie warszawski” – nadaje wypowiedzi ton osobistej, emocjonalnej rozmowy z uosobioną naturą.
  • Neologizm – „Ona całą jaśmień mleczną leje” – tworzy nowe, unikalne określenie dla zmysłowego doświadczania zapachu i koloru jaśminu.
  • Przerzutnia – „A brak mu sześćdziesięciu rubli / Dla nas, tam na wieś, na wydatki” – opóźnia podanie kluczowej informacji, akcentując biedę i troski ojca.
  • Pytanie retoryczne – „Jakim wyrazić mam imieniem / Woń miękkiej mięty nad strumieniem?” – podkreśla bezradność języka wobec bogactwa natury.

Konteksty

Kontekst biograficzny: Tuwim pisał poemat na emigracji, cierpiąc na głęboką depresję i tęsknotę za krajem. Jako Polak żydowskiego pochodzenia, czuł się podwójnie wyobcowany, co tłumaczy jego surową ocenę przedwojennego antysemityzmuPostawa niechęci, wrogości lub dyskryminacji wobec Żydów. i rzeczywistości czasów sanacjiPotoczna nazwa obozu piłsudczykowskiego rządzącego w Polsce w latach 1926–1939..

Kontekst literacki: Utwór czerpie z tradycji romantycznej, zwłaszcza z twórczości Juliusza Słowackiego i Aleksandra Puszkina (których cytaty pojawiają się w mottach do utworu). Tuwim, podobnie jak Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”, próbuje zrekonstruować utraconą ojczyznę z okruchów pamięci, tworząc swoisty epopeiczny obraz narodu.

Matura

„Kwiaty polskie” można wykorzystać na egzaminie przy następujących tematach:

  • Obraz ojczyzny – zderzenie wyidealizowanego mitu z brutalną rzeczywistością.
  • Motyw emigranta i niszczącej siły tęsknoty za krajem.
  • Rozliczenie z historią i wadami narodowymi.
  • Wojna jako apokalipsa, upadek wartości i odwrócenie naturalnego porządku.
  • Potęga słowa poetyckiego i języka jako jedynej, niezniszczalnej ojczyzny.

Test