Wiersz w pigułce
„Żona modna” to jeden z najbardziej znanych utworów polskiego oświecenia, bezlitośnie obnażający wady ówczesnego społeczeństwa. Krasicki z humorem portretuje zjawisko ślepego podążania za zagranicznymi trendami, ale nie oszczędza przy tym rodzimej prowincji. Utwór ma formę dynamicznego dialogu, co zbliża go do scenki teatralnej. Czytelnik poznaje historię nieudanego małżeństwa z perspektywy zdesperowanego męża, który sam doprowadził do swojej zguby. Satyra krytykuje obie strony: rozrzutność i sztuczność żony oraz materializm i głupotę męża.
- Autor: Ignacy Krasicki
- Tytuł: Żona modna
- Data powstania i pierwodruku: 1779 (w zbiorze Satyry)
- Epoka: Oświecenie
- Rodzaj literacki: liryka (z elementami epiki i dramatu - gatunek synkretyczny)
- Gatunek: satyraUtwór literacki ośmieszający i piętnujący wady ludzkie, obyczaje lub instytucje, posługujący się komizmem i ironią.
- Budowa: wiersz stychiczny (ciągły, bez podziału na strofy), 13-zgłoskowiec (średniówka po 7. sylabie), rymy parzyste (aabb).
Tekst utworu
Rozwiń tekst utworu
Ignacy Krasicki
Satyry, Część pierwsza
Żona modna
«A ponieważ dostałeś, coś tak drogo cenił,
Winszuję, panie Pietrze, żeś się już ożenił».
«Bóg zapłać». «Cóż to znaczy? Ozięble dziękujesz,
Alboż to szczęścia swego jeszcze nie pojmujesz?
Czyliż się już sprzykrzyły małżeńskie ogniwa?»
«Nie ze wszystkim, luboć to zazwyczaj tak bywa,
Pierwsze czasy cukrowe». «Toś pewnie w goryczy?»
«Jeszczeć!» «Bracie, trzymaj więc, coś dostał w zdobyczy!
Trzymaj skromnie, cierpliwie, a milcz tak jak drudzy,
Co to swoich małżonek uniżeni słudzy,
Z tytułu ichmościowie, dla oka dobrani,
A jejmość tylko w domu rządczyna i pani.
Pewnie może i twoja?» «Ma talenta śliczne:
Wziąłem po niej w posagu cztery wsie dziedziczne,
Piękna, grzeczna, rozumna». «Tym lepiej». «Tym gorzej.
Wszystko to na złe wyszło i zgubi mnie wsporzej;
Piękność, talent wielkie są zaszczyty niewieście,
Cóż po tym, kiedy była wychowana w mieście».
«Alboż to miasto psuje?» «A któż wątpić może?
Bogdaj to żonka ze wsi!» «A z miasta?» «Broń Boże!
Źlem tuszył, skorom moją pierwszy raz obaczył,
Ale żem to, co postrzegł, na dobre tłumaczył,
Wdawszy się już, a nie chcąc dla damy ohydy,
Wiejski Tyrsys, wzdychałem do mojej Filidy.
Dziwne były jej gesta i misterne wdzięki,
A nim przyszło do ślubu i dania mi ręki,
Szliśmy drogą romansów, a czym się uśmiéchał,
Czym się skarżył, czy milczał, czy mówił, czy wzdychał,
Widziałem, żem niedobrze udawał aktora,
Modna Filis gardziła sercem domatora.
I ja byłbym nią wzgardził; ale punkt honoru,
A czego mi najbardziej żal, ponęta zbioru,
Owe wioski, co z mymi graniczą, dziedziczne,
Te mnie zwiodły, wprawiły w te okowy śliczne.
Przyszło do intercyzy. Punkt pierwszy: że w mieście
Jejmość przy doskonałej francuskiej niewieście,
Co lepiej (bo Francuzka) potrafi ratować,
Będzie mieszkać, ilekroć trafi się chorować.
Punkt drugi: chociaż zdrowa czas na wsi przesiedzi,
Co zima jednak miasto stołeczne odwiedzi.
Punkt trzeci: będzie miała swój ekwipaż własny.
Punkt czwarty: dom się najmie wygodny, nieciasny,
To jest apartamenta paradne dla gości,
Jeden z tyłu dla męża, z przodu dla jejmości.
Punkt piąty: a broń Boże! - Zląkłem się. A czego?
»Trafia się - rzekli krewni - że z zdania wspólnego
Albo się węzeł przerwie, albo się rozłączy!«
»Jaki węzeł?« »Małżeński«. Rzekłem: »Ten śmierć kończy«.
Rozśmieli się z wieśniackiej przytomni prostoty.
I tak płacąc wolnością niewczesne zaloty,
Po zwyczajnych obrządkach rzecz poprzedzających
Jestem wpisany w bractwo braci żałujących.
Wyjeżdżamy do domu. Jejmość w złych humorach:
»Czym pojedziem?« »Karetą«. »A nie na resorach?«
Daliż ja po resory. Szczęściem kasztelanic,
Co karetę angielską sprowadził z zagranic,
Zgrał się co do szeląga. Kupiłem. Czas siadać.
Jejmość słaba. Więc podróż musiemy odkładać.
Zdrowsza jejmość. Zajeżdża angielska karéta.
Siada jejmość, a przy niej suczka faworyta.
Kładą skrzynki, skrzyneczki, woreczki i paczki,
Te od wódek pachnących, tamte od tabaczki,
Niosą pudło kornetów, jakiś kosz na fanty;
W jednej klatce kanarek, co śpiewa kuranty,
W drugiej sroka, dla ptaków jedzenie w garnuszku,
Dalej kotka z kocięty i mysz na łańcuszku.
Chcę siadać, nie masz miejsca; żeby nie zwlec drogi,
Wziąłem klatkę pod pachę, a suczkę na nogi.
Wyjeżdżamy szczęśliwie, jejmość siedzi smutna,
Ja milczę, sroka tylko wrzeszczy rezolutna.
Przerwała jejmość myśli: »Masz waćpan kucharza?«
»Mam, moje serce«. »A pfe, koncept z kalendarza,
Moje serce! Proszę się tych prostactw oduczyć!«
Zamilkłem. Trudno mówić, a dopieroż mruczyć.
Więc milczę. Jejmość znowu o kucharza pyta.
»Mam, mościa dobrodziejko«. »Masz waćpan stangréta?«
»Wszak nas wiezie«. »To furman. Trzeba od parady
Mieć inszego. Kucharza dla jakiej sąsiady
Możesz waćpan ustąpić«. »Dobry«. »Skąd?« »Poddany«.
»To musi być zapewne nieoszacowany,
Musi dobrze przypiekać reczuszki, łazanki,
Do gustu pani wojskiej, panny podstolanki.
Ustąp go waćpan; przyjmą pana Matyjasza,
Może go i ksiądz pleban użyć do kiermasza.
A pasztetnik?« »Umiałci i pasztety robić«.
»Wierz mi waćpan, jeżeli mamy się sposobić
Do uczciwego życia, weźże ludzi zgodnych,
Kucharzy cudzoziemców, pasztetników modnych,
Trzeba i cukiernika. Serwis zwierściadlany
Masz waćpan i figurki piękne z porcelany?«
»Nie mam«. »Jak to być może? Ale już rozumiem
I lubo jeszcze trybu wiejskiego nie umiem,
Domyślam się. Na wety zastawiają półki,
Tam w pięknych piramidach krajanki, gomółki,
Tatarskie ziele w cukrze, imbier chiński w miodzie,
Zaś ku większej pociesze razem i wygodzie
W ładunkach bibułowych kmin kandyzowany,
A na wierzchu toruński piernik pozłacany.
Szkoda mówić, to pięknie, wybornie i grzecznie,
Ale wybacz mi waćpan, że się stawię sprzecznie.
Jam niegodna tych parad, takiej wspaniałości«.
Zmilczałem, wolno było żartować jejmości.
Wjeżdżamy już we wrota, spojźrzała z karety:
»A pfe, mospanie! parkan, czemu nie sztakiety?«
Wysiadła, a z nią suczka i kotka, i myszka;
Odepchnęła starego szafarza Franciszka,
Łzy mu w oczach stanęły, jam westchnął. W drzwi wchodzi.
»To nasz ksiądz pleban!« »Kłaniam«. Zmarszczył się dobrodziéj.
»Gdzie sala?« »Tu jadamy«. »Kto widział tak jadać!
Mała izba, czterdziestu nie może tu siadać«.
Aż się wezdrgnął Franciszek, skoro to wyrzekła,
A klucznica natychmiast ze strachu uciekła.
Jam został. Idziem dalej. »Tu pokój sypialny«.
»A pokój do bawienia?« »Tam gdzie i jadalny«.
»To być nigdy nie może! A gabinet?« »Daléj.
Ten będzie dla waćpani, a tu będziem spali«.
»Spali? Proszę, mospanie, do swoich pokojów.
Ja muszę mieć osobne od spania, od strojów,
Od książek, od muzyki, od zabaw prywatnych,
Dla panien pokojowych, dla służebnic płatnych.
A ogród?« »Są kwatery z bukszpanu, ligustru«.
»Wyrzucić! Nie potrzeba przydatniego lustru.
To niemczyzna. Niech będą z cyprysów gaiki,
Mruczące po kamyczkach gdzieniegdzie strumyki,
Tu kiosk, a tu meczecik, holenderskie wanny,
Tu domek pustelnika, tam kościół Dyjanny.
Wszystko jak od niechcenia, jakby od igraszki,
Belwederek maleńki, klateczki na ptaszki,
A tu słowik miłośnie szczebioce do ucha,
Synogarlica jęczy, a gołąbek grucha,
A ja sobie rozmyślam pomiędzy cyprysy
Nad nieszczęściem Pameli albo Heloisy…«
Uciekłem, jak się jejmość rozpoczęła zżymać,
Już też więcej nie mogłem tych bajek wytrzymać.
Uciekłem. Jejmość w rządy. Pełno w domu wrzawy,
Trzy sztafety w tygodniu poszło do Warszawy;
W dwa tygodnie już domu i poznać nie można.
Jejmość w planty obfita, a w dziełach przemożna,
Z stołowej izby balki wyrzuciwszy stare,
Dała sufit a na nim Wenery Ofiarę.
Już alkowa złocona w sypialnym pokoju,
Gipsem wymarmurzony gabinet od stroju.
Poszły słojki z apteczki, poszły konfitury,
A nowym dziełem kunsztu i architektury
Z półek szafy mahoni, w nich książek bez liku,
A wszystko po francusku; globus na stoliku,
Buduar szklni się złotem, pełno porcelany,
Stoliki marmurowe, zwierściadlane ściany.
Zgoła przeszedł mój domek warszawskie pałace,
A ja w kącie nieborak, jak płaczę, tak płaczę.
To mniejsza, lecz gdy hurmem zjechali się goście,
Wykwintne kawalery i modne imoście,
Bal, maszki, trąby, kotły, gromadna muzyka,
Pan szambelan za zdrowie jejmości wykrzyka,
Pan adiutant wypija moje stare wino,
A jejmość, w kącie siedząc z panią starościną,
Kiedy się ja uwijam jako jaki sługa,
Coraz na mnie pogląda, śmieje się i mruga.
Po wieczerzy fajerwerk. Goście patrzą z sali;
Wpadł szmermel między gumna, stodoła się pali.
Ja wybiegam, ja gaszę, ratuję i płaczę,
A tu brzmią coraz głośniej na wiwat trębacze.
Powracam zmordowany od pogorzeliska,
Nowe żarty, przymówki, nowe pośmiewiska.
Siedzą goście, a coraz więcej ich przybywa,
Przekładam zbytni ekspens, jejmość zapalczywa
Z swoimi czterma wsiami odzywa się dwornie.
»I osiem nie wystarczy« - przekładam pokornie.
»To się wróćmy do miasta«. Zezwoliłem, jedziem;
Już tu od kilku niedziel zbytkujem i siedziem.
Już… ale dobrze mi tak, choć frasunek bodzie,
Cóż mam czynić? Próżny żal, jak mówią, po szkodzie».
Sytuacja liryczna
Sytuacja ma charakter komunikacyjny i przypomina scenkę rodzajową. Wypowiada się dwóch bohaterów: świeżo upieczony mąż, pan Piotr, oraz jego znajomy, który pełni rolę słuchacza i komentatora. Rozmowa toczy się po ślubie, gdy małżonkowie przenieśli się już do miasta. Pan Piotr relacjonuje wydarzenia z przeszłości - od momentu poznania modnej Filis, przez podpisanie intercyzy, aż po katastrofalny w skutkach bal w wiejskim dworku.
Analiza i interpretacja
„Żona modna” to bezlitosna demaskacja dwóch skrajnych postaw: sarmackiej chciwości i bezkrytycznej fascynacji cudzoziemszczyzną, które w zderzeniu prowadzą do nieuchronnej katastrofy finansowej i moralnej.
Utwór otwiera pozornie niewinne powitanie. Znajomy gratuluje Piotrowi ożenku słowami:
«A ponieważ dostałeś, coś tak drogo cenił, / Winszuję, panie Pietrze, żeś się już ożenił».
Podmiot liryczny posługuje się tu gorzką ironią. Zderza ona społeczne konwenanse z brutalną rzeczywistością pana Piotra, który wcale nie wygląda na szczęśliwego nowożeńca. Znajomy od razu demaskuje prawdziwe motywy tego związku - Piotr dostał to, co „drogo cenił”, czyli majątek, a nie miłość. Małżeństwo od samego początku ukazane jest jako chłodna transakcja handlowa.
Piotr ma pełną świadomość własnej winy i sam przyznaje się do błędu. Wyznaje wprost:
Owe wioski, co z mymi graniczą, dziedziczne, / Te mnie zwiodły, wprawiły w te okowy śliczne.
Zastosowany tu oksymoron („okowy śliczne”) doskonale oddaje stan zniewolenia bohatera. Zestawienie piękna z kajdanami pokazuje, że Piotr sam nałożył na siebie pułapkę. Nie jest on wyłącznie niewinną ofiarą kapryśnej żony. To typowy
SarmataPrzedstawiciel polskiej szlachty, często kojarzony z przywiązaniem do tradycji, ale też z prowincjonalizmem, pieniactwem i chciwością., który dla powiększenia własnych włości sprzedał swoją wolność i spokój.
Dobrze wiedzieć
W epoce oświecenia w Polsce trwał ostry konflikt kulturowy. Z jednej strony stała tradycyjna, często zacofana szlachta sarmacka, z drugiej - zwolennicy cudzoziemszczyznyBezkrytyczne naśladowanie obcych, najczęściej francuskich, wzorców w modzie, języku i obyczajach.. Krasicki w swoich satyrach uderzał w obie te skrajności, promując postawę umiaru i zdrowego rozsądku.
Świat tytułowej żony modnej poznajemy poprzez jej absurdalne wymagania. Podczas przeprowadzki na wieś służba pakuje do karety jej dobytek:
Kładą skrzynki, skrzyneczki, woreczki i paczki, / Te od wódek pachnących, tamte od tabaczki,
Nagromadzenie form deminutywnych (zdrobnień) tworzy komiczny, przytłaczający rytm. Ten zabieg językowy dosłownie zagraca przestrzeń wiersza, tak jak żona zagraca życie Piotra. Podmiot liryczny ukazuje w ten sposób świat nowomodnej damy jako skrajnie infantylny, materialistyczny i skupiony wyłącznie na powierzchownym zbytku.
Destrukcyjny wpływ mody nie kończy się na bagażach. Żona natychmiast przystępuje do niszczenia tradycyjnego, wiejskiego dworku:
Z stołowej izby balki wyrzuciwszy stare, / Dała sufit a na nim Wenery Ofiarę.
Ostry kontrast między starymi, solidnymi „balkami” a pretensjonalnym malowidłem wizualizuje gwałtowne zderzenie dwóch światów. Żona agresywnie wymazuje polską tradycję, zastępując ją sztuczną, teatralną scenografią. Wiejski dom traci swoją funkcję, stając się karykaturą warszawskiego pałacu.
Punktem kulminacyjnym utworu jest pożar podczas wystawnego balu. Piotr relacjonuje:
Wpadł szmermel między gumna, stodoła się pali. / Ja wybiegam, ja gaszę, ratuję i płaczę, / A tu brzmią coraz głośniej na wiwat trębacze.
Zestawienie osobistej tragedii z głośną muzyką i użycie czasu teraźniejszego gwałtownie przyspiesza tempo akcji. Tworzy to makabryczną, groteskową scenę. Obcy styl życia dosłownie pali fundamenty tradycyjnego majątku. Towarzystwo „modnych imości” jest całkowicie ślepe i obojętne na realne zagrożenie, co stanowi ostateczny dowód na moralną pustkę tego środowiska.
Środki stylistyczne
- Zdrobnienia (deminutiva) -
Kładą skrzynki, skrzyneczki, woreczki i paczki
- podkreślają infantylność, materializm i śmieszność świata żony.
- Oksymoron -
wprawiły w te okowy śliczne
- ukazuje paradoks sytuacji Piotra, który dobrowolnie zniewolił się dla pozornego piękna i majątku.
- Wyliczenie -
Tu kiosk, a tu meczecik, holenderskie wanny
- obrazuje chaos i absurdalny przepych nowo projektowanego ogrodu.
- Pytanie retoryczne -
Alboż to miasto psuje?
- dynamizuje dialog i prowokuje do refleksji nad wpływem środowiska na charakter człowieka.
- Kontrast -
Ja wybiegam, ja gaszę, ratuję i płaczę, / A tu brzmią coraz głośniej na wiwat trębacze.
- zderza dramatyczną walkę o przetrwanie z bezduszną, głośną zabawą zepsutego towarzystwa.
Konteksty
Kontekst historyczno-społeczny: Utwór wpisuje się w oświeceniową debatę nad kształtem polskiego społeczeństwa. Ignacy Krasicki krytykował zarówno sarmacki konserwatyzm (reprezentowany przez chciwego i naiwnego Piotra), jak i bezmyślny kosmopolityzm (uosabiany przez żonę). Poeta postulował racjonalizm i umiar, których obu bohaterom brakuje.
Kontekst literacki: Podobny typ bohaterki - zapatrzonej we francuskie wzorce i gardzącej polską tradycją - pojawia się w komedii Juliana Ursyna Niemcewicza Powrót posła pod postacią Starościny Gadulskiej. Z kolei motyw małżeństwa z rozsądku, kończącego się rozczarowaniem, to stały element literatury dydaktycznej tamtego okresu.
Matura
Utwór „Żona modna” świetnie sprawdzi się na maturze przy tematach związanych z:
- Motywem małżeństwa: jako kontraktu finansowego pozbawionego uczuć (warto zestawić z Lalką Bolesława Prusa lub Weselem Stanisława Wyspiańskiego).
- Konfliktem tradycji z nowoczesnością: zderzenie sarmatyzmu z cudzoziemszczyzną (przydatne do porównania z Powrotem posła J.U. Niemcewicza lub Panem Tadeuszem A. Mickiewicza - postać Telimeny).
- Krytyką wad społecznych: chciwości, głupoty, ślepego naśladownictwa i materializmu.
- Motywem wsi i miasta: miasto jako źródło zepsucia moralnego, wieś jako przestrzeń niszczona przez sztuczne ingerencje.