Opium w rosole - cytaty
Zestawienie najważniejszych cytatów z powieści „Opium w rosole” ułatwia zrozumienie charakterów głównych bohaterów oraz ich życiowych postaw. Wybrane fragmenty ukazują relacje między postaciami, ich przemyślenia o miłości, samotności i odpowiedzialności za drugiego człowieka. Wypowiedzi bohaterów stanowią doskonały materiał do wykorzystania w wypracowaniach szkolnych i na egzaminie ósmoklasisty.
Spis treści
Bohaterowie powieści w cytatach
Maciek Ogorzałka to chłopak, który bardzo szybko urósł. Przez to czuł się niezgrabnie, choć w rzeczywistości był bardzo przystojny.
W osiemnastym roku życia Maciek wyrósł bujnie a nagle. Kiedy patrzał na swoje ręce, zdumiewało go, że są takie długie, a to samo dotyczyło nóg, które (...) były jeszcze dłuższe. Maciej Ogorzałka – romantykOsoba kierująca się w życiu uczuciami, a nie rozumem. o charakterze eksplozywnymWybuchowy, łatwo ulegający silnym emocjom. i dość znacznie rozbudowanej ambicji – uważał, że niestety cholerny los skarał go tym wzrostem, że wygląda jak Alicja w krainie czarówKlasyczna powieść, w której bohaterka po zjedzeniu ciastka drastycznie zmieniała swój wzrost. po zjedzeniu wiadomego ciasteczka i że jest teraz, krótko mówiąc, dziwacznie nieproporcjonalny. Nie był. Sylwetkę miał, że daj Boże każdemu, a do tego twarz KmicicaGłówny bohater „Potopu” Henryka Sienkiewicza, znany z zawadiackiej urody i odwagi., nos orli, uśmiech ujmujący, a wejrzenie uczciwe i śmiałe. Co zaś do jego sposobu bycia cechował się on nieco przesadną powagą i godnością, którymi Maciek starannie rekompensował swe wyimaginowane defekty.
Narrator wszechwiedzący to taki, który wie wszystko o bohaterach. Zna ich myśli, uczucia i przeszłość. W „Opium w rosole” narrator często z humorem komentuje wygląd i zachowanie postaci.
Marta Lewandowska to sąsiadka z kamienicy. Zawsze chętnie pomagała innym. Była cicha, ale niezastąpiona.
Pani Marta była jedną z tych osób, które nie potrafiłyby z pewnością napisać pracy naukowej, ani też poematuDłuższy utwór wierszowany o charakterze epickim lub lirycznym., ale które za to bez wahania przygarną bezdomnego kota, bez narzekań wychowają gromadę dzieci, bez zastanowienia zajrzą do chorego sąsiada i bez niczyjej namowy przynosić będą zakupy bezradnej staruszce. Należała do tego cichego i niemal niedostrzegalnego gatunku ludzi, bez którego życie każdego społeczeństwa zmieniłoby się w istną dżunglę.
Janka Maciejówna, znana jako Kreska, wyróżniała się oryginalnym stylem. Sama szyła swoje ubrania. Maciek początkowo uważał ją za mało romantyczną.
Kreska była delikatnym, miłym i zbzikowanym stworzeniem o promiennych burych oczach z wielkimi rzęsami i burych włosach obsmyczonych na Izabelę TrojanowskąPopularna w latach 80. polska piosenkarka, znana z charakterystycznej, krótkiej fryzury.. Była ładna – której to cechy nie zdołała jeszcze całkowicie zniweczyć przez swój sposób ubierania się. Nosiła jakieś dziwaczne płaszcze, jakby ze starej ciotki, długie kamizele własnej roboty, pozszywane z łatek, kolorowe getry z włóczki oraz takież czapki-uszanki, swetry-olbrzymy i parometrowe szale z frędzlami. Posuwała się nawet niekiedy do własnoręcznego wykonywania butów i torebek. Wszystko to wyglądało raczej biednie, ale zabawnie i modnie, a Maćkowi podobało się przede wszystkim dlatego, że wiedział, co się kryje za tym nieustającym festiwalem pomysłowości: Kreska chronicznie nie miała forsy.
[...] była to rzeczywiście świetna dziewczyna, tylko że Maciek nie przepadał za jej towarzystwem. Raził go w Kresce całkowity brak poetycznej zadumy i tego tchnienia romantyzmu, który cechować winien dziewczynę – zwłaszcza ładną. Kreska była, niestety, przeraźliwie rzeczowa, odpychająco koleżeńska, i w ogóle zachowywała się jak kapralStopień wojskowy. Tu: osoba lubiąca rządzić i wydawać rozkazy..
Matylda Stągiewka w dzieciństwie była wyśmiewana. Jako nastolatka postanowiła się odegrać na rówieśnikach. Wykorzystywała do tego swoją nową aparycjęZewnętrzny wygląd człowieka, sposób, w jaki się prezentuje..
W dzieciństwie Matylda była zgoła nieinteresującym, przejedzonym słodyczami grubasem o apatycznej twarzyczce i tkniętych próchnicą zębach. Koledzy w szkole z upodobaniem nękali ją przezwiskami, wśród których „Szczerbol” było zdecydowanie najelegantszym. Lata spędzone w uczelni stopnia podstawowego upłynęły Matyldzie na bezsilnym łkaniu w poduszkę (...). Teraz brała za to swój odwet. Wypracowana jej aparycja i nienaganne odzienie, skąpy uśmieszek i modulowany głos oraz usta ułożone w kuszący dziobek czyniły (...) piorunujące wrażenie nawet na niegdysiejszych prześladowcach. Matylda wykorzystywała to z rozmachem i bez większych skrupułówWątpliwości moralne przed zrobieniem czegoś, co może kogoś skrzywdzić..
Ewa Jedwabińska to wychowawczyni Kreski i matka Aurelii. Była osobą chłodną i zdystansowaną. Uczniowie nie darzyli jej sympatią.
Nazywała się magister Ewa Jedwabińska i była zupełnie bezbarwna. [...] Cała ona, ta pani Jedwabińska, była taka odprasowana i sztywna. Zdawało się, że porusza się, mówi i oddycha z trudem, skrępowana ciasnym szklanym pudełkiem, które ogranicza każdy jej bardziej swobodny gest. Dystans między nią a resztą świata był wprost nie do przebycia. Brak zaufania do niej – absolutnie nie do przełamania.
Genowefa (Aurelia) – dziecięce spojrzenie na świat
Mała Aurelia wpraszała się na obiady do obcych ludzi. Przedstawiała się jako Genowefa. Często recytowała makabryczne wierszyki.
– Powiem wierszyk! – oznajmiła nagle, zdejmując botki i włażąc na krzesło. Odkaszlnęła leciutko, by skierować na siebie uwagę zebranych, złożyła wiotkie rączki wyuczonym ruchem, przybrała sztuczną minkę i sztucznym blaszanym głosikiem wyrecytowała, patrząc głęboko w oczy pana Lewandowskiego:
– Stary jesteś, śmierć cię czeka.
GarbarzRzemieślnik zajmujący się wyprawianiem skór zwierzęcych. po twą skórę pośle.
Już niedługo twego życia.
Mój ty stary, biedny ośle. [...]
– Do diabła, zapomniałam, jak to dalej leci.
– Całe szczęście – burknął Sławek. – Nie wiadomo, do czego by doszło.
Dziewczynka ukrywała prawdę o swojej rodzinie. Wymyślała różne zawody dla swojego taty. W końcu zdecydowała się na jedno trudne słowo.
– [...] tatuś nie jest pijusem. Jest tym... no, zapomniałam.
– Narkomanem! – podsunął Sławek.
– Nie. Na „i”.
– Inwalidą? [...]
– Inspektorem! [...]
– Inkasentem!
– Nieee... podobnie, ale nie tak...
– Kasjerem!
– Nie... takie długie słowo...[...] O, już wiem! – powiedziała z ulgą Genowefa. – Inte... lektualistąCzłowiek wykształcony, zajmujący się pracą umysłową i kulturą..
Aurelia była bardzo ciekawska. Zadawanie pytań traktowała jako metodę badawczą. Dzięki temu dowiadywała się wielu rzeczy o dorosłych.
Lubiła [Genowefa] zadawać pytania. Już dawno [...] odkryła, że ilekroć o coś spyta, otrzymuje jakąś odpowiedź. Uznała, że jest to bardzo sposób poznawania [...] świata.
Podczas wyjścia do opery dziewczynka nie potrafiła usiedzieć w miejscu. Jej zachowanie doprowadziło do komicznej katastrofy.
Miecznikowi nie dane było odśpiewać swą arięPieśń solowa w operze, wykonywana z towarzyszeniem orkiestry. do końca. Ciągnąc wysoki ton, urwał niespodziewanie i nie wyjaśnił publiczności, co mianowicie trzeba oddać na skinienie – za to osłupiałym wzrokiem zapatrzył się w pierwszy rząd, jakby widział tam – on jeden – czające się, straszliwe niebezpieczeństwo. W rzeczy samej, coś się nagle zaszamotało, kwiknęło, z kanału dla orkiestryObniżone miejsce przed sceną w teatrze, gdzie siedzą muzycy. dobył się przerażający głos męski, ryczący: – Yy, y; – muzycy zgubili ton, a Miecznik na scenie dostał napadu śmiechu. Stało się bowiem to, co stać się musiało: Genowefa wywiesiła się za balustradę i kwicząc pomacała znienacka lodowatą rączką łysinę pana dyrygenta.
Miłość i relacje damsko-męskie
Maciek zakochał się w Matyldzie od pierwszego wejrzenia. Dziewczyna rzuciła na niego prawdziwy urok osobistyZespół cech charakteru i wyglądu, które przyciągają innych ludzi.. Chłopak stracił dla niej głowę.
Maciek zatrzymał się, postać ludzka też się zatrzymała i podniósłszy zaśnieżone rzęsy, ukazała w ich białej oprawie chłodne jak źródło, jasne oczy o przejrzystych tęczówkach i tajemniczym wejrzeniu. Oczy te lśniły w twarzy zaróżowionej od mrozu, dość nijakiej [...], ale harmonijnej. Natomiast położone poniżej usta były całkowicie niezwykłe. Mianowicie miały taki wyraz, jakby ich właścicielka bezustannie gotowała się do całowania. W Maćka jakby grom strzelił. (...) stał w miejscu i patrzał w przejrzyste oczy, a one sygnalizowały mu takie mnóstwo różności, że biedaczysko doznawał niemal zawrotu głowy. Po raz pierwszy bowiem oczy dziewczęce mówiły mu z tak bliska i tak bez ogródek, że jest przystojny, wspaniały i męski, i bardzo-bardzo interesujący, i że kto wie... kto wie...
Stan zakochania potrafi całkowicie zmienić człowieka. Narrator porównuje to uczucie do pewnego rodzaju szaleństwa.
Lekarze twierdzą podobno, że stan ducha zwany zakochaniem przypomina pewne formy obłęduChoroba psychiczna, szaleństwo lub utrata kontroli nad sobą.. Jeżeli tak im się kojarzy stan zakochania z wzajemnością, to cóż powiedzieliby o miłości nieszczęśliwej, zawiedzionej i odepchniętej, pozbawionej nawet ociupinki nadziei? Nic człowieka nie cieszy. Nic. Każda myśl, od czego by nie wyszła, maniacko nawrócić musi do tego samego wciąż obiektu i tematu. Tragiczna, doprawdy, mania. Człowiek nią owładnięty godzien jest naprawdę głębokiego współczucia, tym głębszego, im mniej ma szans na uzyskanie jedynego potrzebnego mu lekarstwa, to jest – wzajemności.
Czar prysł podczas pierwszego pocałunku. Maciek zrozumiał, że Matylda jest sztuczna i nienaturalna. Przypominała mu nielubianą ciotkę.
Mijały sekundy i zapał Maćka Ogorzałki wyraźnie słabł. Trzymał oto w ramionach tę niezwykłą dziewczynę – lecz ku własnemu zaskoczeniu nie odczuwał niczego niezwykłego. Złapał się nawet na błyskawicznej refleksji, że Matylda ma wyjątkowo głupią minę i że jej zachowanie jest wyraźnie sztuczne, jakby zważała tylko na to, jak się prezentuje w tej czułej okazji. Miał również przykre, lecz nasilające się wrażenie, że całuje własną ciotkę Leokadię Ogorzałkową z Pobiedzisk; chorowita ta osoba o silnych skłonnościach histerycznych też tak nadstawiała do pocałunków swą zimną twarz, przymykając przy tym męczeńsko oczy i pachnąc walerianą. Matylda pachniała, co prawda, frezjami, lecz skojarzenie z ciotką Leokadią ostatecznie zmroziło mu krew.
Po rozstaniu z Matyldą Maciek od razu zaproponował Kresce, by została jego dziewczyną. Janka poczuła się urażona. Nie chciała być nagrodą pocieszenia.
– Chciałbym, żebyś była moją dziewczyną – wypowiedział Maciek w formie luźnej propozycji.
Kreska odzyskała oddech mniej więcej po pięciu sekundach.
– Wydaje mi się, że już masz swoją dziewczynę [...].
– Z Matyldą koniec! – zakrzyknął Maciej. – Okazało się, że jest nikczemna! [...]
– I od razu ujrzałeś mnie w innym świetle.
– Janka, ty chyba źle to rozumiesz. Jedno z drugim nie ma nic wspólnego.
– Ma.
– Nie ma!... Zwyczajnie, podobasz mi się. Lubię cię.
Kreska zatrzymała się przed swoją bramą.
– Ja też cię lubię [...]. I szanuję cię [...]. I dlatego postaram się zaraz zapomnieć o twoim nietakcie.
– Nietakcie!... Słuchaj, no co ty... co ty mówisz?! Ja ci przecież tylko proponuję...
– ... Falsyfikat – wpadła mu Kreska w słowo.
Kreska stanowczo odrzuciła zaloty Maćka. Użyła przy tym bardzo trafnego porównania. Chłopak nie od razu zrozumiał jej słowa.
– Ale... Janka! Co ty... przestań się wygłupiać!
– Ja się wcale nie wygłupiam [...]. Ja tylko nie chcę takiego [...] tombakuStop miedzi z cynkiem, który udaje złoto. Symbolizuje coś fałszywego i bezwartościowego..
Odwróciła się nagle i wpadła do swojej bramy, jakby ją kto gonił.
Ale Maciek ani myślał ją gonić. Stał w miejscu, serce mu mocno biło, a w głowie kołatało się jedno zasadnicze pytanie: co to znowu jest tombak, do cholery?!
Piotr Ogorzałka, brat Maćka, miał specyficzne podejście do kobiet. Często dzielił się swoimi radami z młodszym bratem.
Strzeż się kobiet, które cię chwalą [...]. Kobiety [...] myślą, że nie ma na mężczyznę lepszego sposobu niż pochlebstwa. Co gorsza, wydaje mi się, że mają rację. Dlatego na twoim miejscu ceniłbym sobie słowa zdrowej krytyki, bo te przynajmniej dowodzą szczerości.
Szkoła, wychowanie i autorytety
Pani Jedwabińska miała problemy z klasą Kreski. Uczniowie nie traktowali jej poważnie. Nauczycielka uważała ich zachowanie za infantylizmDziecinne zachowanie u osoby dorosłej lub starszego nastolatka..
„W czasie przerwy pchnąłem koleżankę na gablotkę z gazetką. Zanalizuję motywy mego postępowania” – brzmiał temat ćwiczenia z autoanalizySamodzielne badanie własnych myśli, uczuć i motywów postępowania., zadanego ostatnio uczniowi Lelujce. Niestety, klasa Ib nadal nie dorastała do stawianych jej wymagań. DALEKO POSUNIĘTY INFANTYLIZM – notowała pani Jedwabińska [...], zapisując też z niechęcią bliską zgrozy odpowiedź [...] ucznia [...]: „Nic nie mam do gablotki, a już zwłaszcza do gazetki. Ale czemu ta Baśka tak kuprem rzuca?” Pamiętała do dziś ten ryk śmiechu, jaki wywołała w klasie, odczytując odpowiedź Lelujki. Pamiętała też swoje uczucie bezradnego zdumienia, bliskie szoku: spodziewała się po klasie całkowicie różnej reakcji – oburzenia, potępienia lub choćby zdystansowania się od Lelujki – a tu coś takiego!
Ewa Jedwabińska rozmawiała z matką Jacka Lelujki o jego zachowaniu. Zwróciła uwagę na to, jak ważny jest szacunek do dziecka.
Bunt i ucieczka są zawsze rezultatami wzmożonej presji. Nie można narzucać dziecku niczego siłą, przez przymus. Bo choćby pani robiła to dla dobra dziecka – takie łamanie osobowości, taka przemoc musi wywołać bunt i odrzucenie posłuszeństwa.
– Być może ma za mało dyscypliny...
– O, nie – żywo zaprzeczyła pani Lelujkowa. – Dyscypliną to dostawał dość często, aż mi go było żal. Mąż mu dawał lanie za każdą dwóję...
Nauczycielka miała w teorii bardzo mądre poglądy na wychowanie. Niestety, nie potrafiła ich zastosować wobec własnej córki, Aurelii.
Człowiek nigdy nie powinien być traktowany instrumentalnie. W wychowaniu także. Dziecko ma też godność [...] i to trzeba umieć uszanować, tak jak jego swoisty charakter, upodobania i osobliwości.
Profesor Dmuchawiec był dawnym wychowawcą Ewy Jedwabińskiej. To on uczył ją, czym jest prawdziwy autorytetOsoba ciesząca się powszechnym szacunkiem ze względu na swoją wiedzę lub postawę..
[...] człowiek [...], który jest autorytetem, jest nim sposób naturalny i wcale nie musi starać się o to. Każdy go szanuje.
Życiowe mądrości i refleksje
W powieści często pojawia się temat wyrzutów sumieniaWewnętrzne poczucie winy po zrobieniu czegoś złego.. Narrator zauważa, że każdy człowiek popełnia błędy. Ważne jest to, jak sobie z nimi radzimy.
Każdy chyba uczynił choć raz w życiu coś, czego się wstydzi i z powodu czego miewa wyrzuty sumienia. (...) wyrzuty te mogą stanowić męczarnię dla duszy lub też być słabym zaledwie świerzbieniem na powierzchni pamięci; zależy to od kalibru owego uczynku, od tego – czy miało miejsce grube świństwo, czy też zaledwie potknięcie towarzyskie. Zależy także od kalibru, stylu i klasy człowieka. Jeden skręca się ze wstydu przez długie lata, bo zdarzyło mu się plotkować o osobie, której obecności nie był świadomy. Kto inny (...) skrzywdzi lub poniży bliźniego, oszuka go, pobije lub zabije – i nie będzie miał z tego powodu żadnych niepokojów, prócz może jednego, czy się jednak na nim ktoś kiedyś nie zemści. Różnie bywa. (...) przykłady można by mnożyć. Wniosek z nich jednak zawsze ten sam: mało kto może sobie powiedzieć „jestem w porządku”.
Oszukiwanie samego siebie nigdy nie działa na dłuższą metę. Prawda zawsze wychodzi na jaw, często z naszej podświadomościCzęść ludzkiej psychiki, z której nie zdajemy sobie sprawy, a która wpływa na nasze zachowanie..
[...] uspokajanie sumienia przy pomocy porównań, choćby skuteczne, bywa zwodnicze (gdyż prawdą może być tylko prawda, nic innego). Praktyka ta przypomina okrywanie słonia kołderką: prędzej czy później, mniej lub bardziej drastycznie, coś jednak spod niej wychynie.
Akcja powieści toczy się na początku 1981 roku. To trudny czas w historii Polski, w epoce PRL-u. W sklepach panował ogromny deficytBrak towarów w sklepach, zjawisko powszechne w Polsce w czasach PRL., a ludzie żyli w niepewności przed wprowadzeniem stanu wojennego.
Profesor Dmuchawiec uczył swoich wychowanków optymizmu. Uważał, że uśmiech w trudnych czasach wymaga prawdziwej odwagi.
Pamiętasz co twój dziadek mawia? Że uśmiech bywa aktem męstwa, że smutek to słabość i postawa zbyt wygodna. Być radosnym i dobrym, kiedy świat jest smutny i zły, to mi dopiero odwaga.
Gabriela Pyziak, mimo trudnej sytuacji życiowej, nie poddawała się smutkowi. Nie chciała być pesymistkąCzłowiek, który widzi wszystko w ciemnych barwach i spodziewa się najgorszego..
– [...] jestem tylko człowiekiem doświadczonym przez życie i dlatego – pesymistą.
– Każdy jest doświadczony przez życie. Ja również – oświadczyła Gabriela. – Ale to nie może automatycznie oznaczać pesymizmu [...]. Pesymizm jest [...] słabością ludzi małodusznych.
Piotr Ogorzałka pisał kronikęZapis wydarzeń ułożonych w kolejności chronologicznej., w której notował codzienne wydarzenia. Był idealistąCzłowiek wierzący w wzniosłe cele i kierujący się w życiu szlachetnymi zasadami., który rozczarował się światem.
– Piotr pisze kronikę.
– Historię – sprostował starszy Ogorzałka. – Zrozumiałem któregoś dnia, że to, co przeżywamy dziś, już jutro stanie się części historii. Pamięć jest zawodna. Po latach ten mój zeszyt będzie bezcenny. Wszystko tu mam. Każdy dzień. Każdą zbrodnię. Każde kłamstwo.
– Myślisz, że tylko z tego tworzy się historia? – obruszyła się Gabrysia [...].
– Na ogół [...].
– Ejże, a bohaterstwo? A idee? A...
– Tak, tak, idee, te wszystkie piękne idee, które nieodmiennie nikczemnieją...
Ważnym przesłaniem książki jest to, że nikt nie jest na świecie sam. Nasze czyny zawsze wpływają na innych ludzi, wywołując swoisty rezonansOdbicie, oddźwięk. Tu: wpływ naszych działań na innych ludzi..
Jeżeli by kto kiedykolwiek uważał, że jest sam na świecie – to dałby tym niewątpliwy dowód braku wyobraźni. Nikt z nas nie jest sam. Ludzie oddziałują na siebie nawzajem, jakby byli połączeni kręgami tajemniczej energii – a przez każdego z nas przechodzi przynajmniej kilka takich kręgów. Dzięki temu wszystko, co czynimy, każde nasze uzewnętrznione uczucie, a może i myśli – nawet te, którym nie dajemy wyrazu – zyskują nieskończony rezonans.
Każdy z nas, nawet nieświadomie, wpływa na innych i staje się ogniwem łańcucha myśli, uczuć, reakcji i wydarzeń mogących zogromnieć wręcz do procesów historycznych.
Tak więc nigdy nie wiesz, czy fakt, żeś dziś rano zachował się podle wobec kolegi [...], nie sprawi, iż w południe następnego dnia kto inny dostanie zawału, za tydzień dojdzie do poważnej scysji rodzinnej w miejscowości położonej na drugim krańcu Polski, a po roku jakiś mąż stanu wyda złą decyzję, mogącą zaważyć nawet na losach świata.
Bodźce negatywne bowiem wykazują zdumiewającą żywotność, przypominając w tym wirusy gronkowca złocistego. Jednym złym czynem prowokujemy zło w innych ludziach, a ono – raz wyzwolone – mnoży się już bez końca.
Całe szczęście, że z dobrem jest tak samo.
Dobry czyn, dobre słowo czy myśl powodują pozytywną reakcję w coraz to nowych osobach i mogą przenosić swój ładunek dalej i dalej – rosnąć w postępie geometrycznymBardzo szybki, lawinowy wzrost jakiegoś zjawiska. i pomnażać zasób Dobra we Wszechświecie.
Wystarczy to sobie uprzytomnić, by poczuć ciężar tej odpowiedzialności.
Bo przecież naprawdę nikt z nas nie jest sam.
Znaczenie tytułu powieści wyjaśnia się pod koniec książki. Tytułowe „opium” to metafora miłości, ciepła i zainteresowania drugim człowiekiem. To właśnie tego brakowało małej Aurelii w rodzinnym domu.
Rozmowa Ewy Jedwabińskiej z panią Borejko tłumaczy, dlaczego Aurelia tak chętnie jadła u obcych ludzi. Zwykły rosół smakował jej lepiej dzięki wyjątkowej przyprawie.
– Aurelia nie cierpi rosołu! Nienawidzi! Trzeba ją zmuszać, żeby przełknęła choć łyżkę! Czy może to był jakiś specjalny rosół?...
– Zwykły chudy rosołek.
– Może... jakaś specjalna przyprawa?...
Pani Borejko roześmiała się.
– Może. Przyprawa pana Ogorzałki. Zresztą potem i Gabrysia, moja córka, przyprawiała, i ja. To niezawodna przyprawa. Wszystko z nią smakuje, nawet suche ziemniaki.
– MaggiPopularna w płynie przyprawa do zup, przypominająca w smaku sos sojowy.? – dopytywała się Ewa całkiem już natarczywie, po czym zreflektowała się i pokryła zmieszanie suchym śmieszkiem. – Albo może jakiś narkotyk?
– Może to i narkotyk: trochę serca – śmiała się pani Borejko.