Jak napisać felieton?
Spis treści
Felieton to najlżejsza ze szkolnych form publicystycznych. Wolno w nim być ironicznym, osobistym i trochę przekornym. Ale lekkość nie oznacza chaosu: dobry felieton ma temat, adresata i cel.
Co to jest felieton?
Felieton to krótki publicystyczny utwór dziennikarski o lekkiej formie, który przedstawia subiektywny punkt widzenia autora i porusza aktualne, najczęściej społeczne tematy.
Czym różni się od eseju? Felieton zajmuje się zwykle bieżącymi sprawami, a esej może dotyczyć tematów ponadczasowych, nawet filozoficznych. Felieton jest lżejszy i często zabarwiony ironią lub humorem, a esej chętniej korzysta z kunsztownych środków stylistycznych. No i felieton jest po prostu krótszy.
Shorty na maturę
Najważniejsze cechy felietonu
- Aktualna tematyka. Punktem wyjścia jest zwykle konkretne wydarzenie, historia z życia albo bieżący problem społeczny.
- Tematy kontrowersyjne. To nie obowiązek, ale po felieton sięga się zwykle po to, żeby wywołać dyskusję, emocje albo refleksję.
- Subiektywizm. Obiektywizm i rzetelność wcale nie są tu zasadą. Autor mówi to, co myśli.
- Pierwsza osoba. Podkreśla, że myśli należą do autora.
- Dowolny styl. Język może być emocjonalny, ironiczny, a nawet sarkastyczny. Rób to jednak ze smakiem.
- Brak sztywnego schematu. Nie musisz mieć wstępu, rozwinięcia i zakończenia. Ważne, żeby tekst był krótki i dynamiczny, nawet kosztem niektórych argumentów.
Budowa felietonu
Nie ma jednego poprawnego schematu, ale zwykle znajdziesz w nim trzy elementy:
- Tytuł. Powinien intrygować, zaciekawiać, a nawet szokować. Wszystkie chwyty są dozwolone.
- Treść. Możesz zacząć od historii i przejść do tematu głównego albo odwrotnie: najpierw rozważyć temat, a potem opowiedzieć anegdotę, przywołać badania albo zacytować kogoś.
- Puenta. Na koniec krótko podsumuj temat albo rzuć jednozdaniową puentę.
Rodzaje felietonów
- Felieton satyryczny jest zabarwiony ironią, a czasem sarkazmem. Często zawiera zabawne anegdoty z życia autora albo humorystyczne komentarze.
- Felieton logiczny przedstawia stanowczy pogląd autora i rozważa go za pomocą logicznych argumentów. Jest kierowany do osób, które mogą się z nim nie zgadzać, ale są skłonne rozważyć inny punkt widzenia.
- Felieton emocjonalny ma wywołać emocje i poruszyć. Zwykle pisze się go z myślą o szerszej grupie odbiorców.
Jak napisać felieton w pięciu krokach
1. Temat
Warto zacząć od przeczytania kilku felietonów zawodowców. O czym piszą? Dobry temat musi poruszać autora. Jeśli nie masz zdania o sadzeniu drzew w miastach albo o długości lekcji, wybierz coś innego. Lepiej pisać o tym, wobec czego nie jesteś obiektywny. Zastanów się, co ostatnio cię oburzyło albo ucieszyło: czyjaś wypowiedź w mediach, wydarzenie w twoim mieście, awantura w sieci.
2. Adresat
To, do kogo piszesz, decyduje o przykładach, słownictwie i budowie tekstu. Tę samą sprawę inaczej opiszesz rówieśnikom, którzy znają internetowe zjawiska, a inaczej rodzicom, którym trzeba wszystko wyjaśnić od zera. Język i styl dostosuj do tego, kim jest czytelnik i ile już wie.
3. Cel
Zadaj sobie jedno pytanie: po co poruszam ten temat? Co chcę osiągnąć? Jakie emocje wywołać? Jakiej reakcji czytelnika oczekuję? Dlaczego to, co chcę powiedzieć, będzie ważne i ciekawe?
4. Forma
Zdecyduj, czy piszesz felieton satyryczny, logiczny czy emocjonalny. Dobór środków wyrazu do celu podkreśli twoje zdanie.
5. Pisanie
- Używaj zwrotów takich jak moim zdaniem, sądzę, uważam, jestem pewien.
- Prowadź „dyskusję” z czytelnikiem, a nawet odpowiadaj za niego.
- Nie bój się pisać o sobie. Twoje anegdoty i przemyślenia to najcenniejsza część felietonu.
- Użyj trudniejszego słowa, jeśli masz ochotę, ale najpierw upewnij się, że znasz jego znaczenie.
- Wybieraj nawet pozornie błahe tematy. Jeśli interesują ciebie, zainteresują też kogoś jeszcze.
Przykłady do rozwinięcia
Rozwiń: felieton satyryczny „Zwiędły kwiat polskiej młodzieży”
Kiedyś to były czasy. Teraz to nie ma czasów. Kiedyś to młodzież miała ideały. Wierzyła w Boga, ginęła na wojnie, szanowała starszych, czekała z czystością do ślubu, nie brała narkotyków i słuchała patriotycznej, pięknej muzyki. Dziewczęta biegały w sukienkach do połowy łydki, a młodzieńcy musieli najpierw poznać ojca rodu, by móc zaprosić pannę na kawę i ciastko. Kiedyś to była młodzież. Teraz to nie ma młodzieży.
Poranny spacer po bułki to dla mnie codzienny rytuał i jednocześnie przygoda, której po prostu nie jestem w stanie sobie odmówić, nawet jeśli mam pełną lodówkę. Do mojej osiedlowej piekarni każdego dnia o godzinie siódmej trzydzieści przychodzi pewna pani. Na oko ma z osiemdziesiąt lat, co w większości przypadków jest jasną sugestią, że wzrok już nie ten. Nie tutaj! Pani Starsza ma wzrok fantastyczny. Zadziwiająco fantastyczny. Siódma trzydzieści to pora, kiedy poza Panią Starszą o piekarnię zahaczają nastolatkowie, którzy właśnie są w drodze do szkoły. Ach, jakich ja ciekawych słów nauczyłem się od Pani Starszej!
W zeszły piątek stała w kolejce za chłopakiem w kapturze i AirPodsach wepchniętych głęboko w uszy. Kupował tylko napój energetyczny, więc pewnie nie czuł potrzeby wyjmowania słuchawek i integrowania się z naszą lokalną, piekarnianą społecznością. Jeszcze zanim postawił ostatni krok na zewnątrz, Pani Starsza rozpoczęła głośny opis bohatera wraz z analizą i interpretacją jego gestów, w tym mimiki, proksemiki i całej reszty zachowań niewerbalnych.
Po pierwsze, mina nie ta. Kiedyś młodzież się uśmiechała. Teraz chodzi ponura. Po drugie, kaptur w pomieszczeniu. Najlepiej to, żeby kaptury były zakazane, bo nigdy nie wiadomo, jaką podejrzaną fryzurę chowa taki zbir. A jak powszechnie wiadomo, włosy są zwierciadłem duszy. Po trzecie, paznokcie. Wypindrzone (słowo może nie nowe w moim słowniku, ale z pewnością dawno niesłyszane) paznokcie, każdy na inny kolor. I to u chłopa! No i najgorsze: „dzenia” zamiast „do widzenia”. Dzenia! Kto to widział…
Jak wczoraj pamiętam moją długą na kilkaset kilometrów wyprawę do innego miasta, bo znajomy znajomego powiedział synowi koleżanki mamy, że szwagier stryjecznej siostry przywiózł z Ameryki kilka skórzanych kurtek Perfecto. Tych samych, które lata wcześniej nosił przecież idol buntowników, Marlon Brando. Ileż ja lat z dumą nosiłem tę kurtkę! Ileż ona przeszła ze mną wybryków! Nie zawsze do końca legalnych.
Rękę dam sobie uciąć, że spotkałem w tamtych czasach w tej samej piekarni tę samą Panią Starszą (wtedy zapewne w moim obecnym wieku). Zmierzyła pewnie od stóp do głów nie tylko moją kurtkę, ale też rozkloszowane spodnie, rozpadające się trampki i długie, kręcone włosy. Dzisiaj jestem już człowiekiem „porządnym”. Noszę spodnie w kant i zamszową marynarkę, a także przepuszczam Panią Starszą w kolejce po kajzerki i drożdżówkę z makiem. Kiedy więc z piekarni wychodzi kolejny nastoletni „odszczepieniec” albo „wariat”, ona patrzy na mnie porozumiewawczo, kręcąc głową. Bo należę do świata, który rozumie.
No i pewnie mógłbym wdać się z nią w polemikę, pytając, czy aby na pewno w młodości nie kochała się w Cybulskim, ale po co? Zamiast nawracać Panią Starszą, wolę robić wszystko, by za dwadzieścia lat moje pokolenie z podobną dezaprobatą nie patrzyło na przyszłe latorośle dzisiejszych nastolatków. Spokojnie, wszyscy jeszcze zdążymy się nabyć nudziarzami!
Co w tym felietonie zadziałało
- Intrygujący początek: parodia narzekania „kiedyś to były czasy”.
- Anegdota z życia: piekarnia i Pani Starsza zamiast ogólników.
- Ironia: autor sam wyśmiewa pokolenie, do którego należy, i swoje zmiany poglądów.
- Puenta w ostatnim zdaniu: żart, który zamyka tekst i daje do myślenia.
Rozwiń: felieton logiczny „Zróbmy w końcu overparty dla #overparty”
Od kiedy moi rówieśnicy zadomowili się na Twitterze, to zamiast kłócących się polityków mamy… nastolatków kłócących się o politykę. Jakkolwiek boomersko to nie zabrzmi, lepsze dyskutowanie, nawet bez mocnych argumentów, niż kolejna fotorelacja z imprezy. Ale wśród tych sporów lewica versus prawica, starzy versus młodzi czy feministki versus mizogini czai się jeden trend, którego zdzierżyć (i zrozumieć!) po prostu nie mogę, chociaż wiekiem bliżej mi raczej do tych, którzy zwykle go inicjują.
Dwa miesiące temu twitterowi wyjadacze rozpoczęli krwawe #isovertparty dla polskiej influencerki o nicku MimiMa. Powód? Złośliwy wpis na temat osób otyłych. Sprzed pięciu lat. Nie, żebym zgadzał się z jakimkolwiek słowem, jakie padło z jej ust (pozwolę sobie ich nie przytaczać, znaleźć moją „bibliografię” wcale nie będzie trudno). Mam tylko problem z tym, że nikt z bawiących się na wirtualnej imprezie śmierci nie chciał nawet przez chwilę posłuchać, co ma do powiedzenia sama zainteresowana. Z ciekawości wszedłem w trendujący hashtag #mimimaisoverparty. Zamiast ciekawej dyskusji na temat coraz prężniej rozwijającego się ruchu body positive (której się po cichu spodziewałem), trafiłem w dziwną przestrzeń, pełną zdjęć nieco grubszej MimiMa z czasów podstawówki. Tak, jej dawna tusza była głównym argumentem. MimiMa znikła z internetu, a ja nadal nie wiem, jakie było jej stanowisko w sprawie.
Twitterowa ława przysięgłych jest bardziej bezwzględna niż polskie sądy. Osoby publiczne nie mogą popełnić żadnego błędu tylko dlatego, że są… osobami publicznymi i wszyscy patrzą im na ręce. Na twitterowej sali rozpraw oskarżony nie ma prawa głosu. Nie ma prawa do obrońcy (bo każdy obrońca z marszu staje się wrogiem publicznym numer jeden). Nie ma prawa do przeprosin i skruchy (bo na pewno nigdy nie są szczere). No i przede wszystkim nie ma prawa ruszyć do przodu. Musi zgnić na wygnaniu.
Oczywiście zdarzają się przypadki, w których ktoś po prostu nie zasługuje na drugą szansę. Tylko czy nie lepiej byłoby po prostu… przestać dawać mu atencję? W świecie, w którym twoją wartością są lajki i followersi, zabranie paliwa brzmi jak całkiem sensowna kara (przypadkami groźniejszymi niech zajmie się prawdziwy sąd). A jeśli już krytykujemy, to rzeczywiście krytykujmy, zamiast urządzać taniec zwycięstwa nad dogorywającym ciałem ofiary. Bo przecież nie mamy wpływu na to, co robią inni. Mamy wpływ na to, jak zareagujemy.
Co w tym felietonie zadziałało
- Konkretny temat: jedno zjawisko i jeden przykład, a nie ogólne narzekanie.
- Jasna teza: publiczne „kończenie” ludzi w sieci bez wysłuchania ich zdania jest niesprawiedliwe.
- Porównanie: „ława przysięgłych”, „sala rozpraw” porządkują argumenty.
- Wyjątek: autor przyznaje, że czasem druga szansa się nie należy, co wzmacnia wiarygodność.
- Puenta przenosi odpowiedzialność na czytelnika: „mamy wpływ na to, jak zareagujemy”.
Rozwiń: felieton emocjonalny „Jedyna słuszna kolejność, czyli komu pozwalają nam pomagać”
Mam na imię Ania i jestem wolontariuszką. Wiem, że zabrzmiało to jak przywitanie na grupowej anonimowej terapii. Coraz częściej myślę o tym, żeby rzeczywiście się na taką udać. Prowadzenie fundacji, szukającej domów dla bezdomnych psiaków, jest dla mnie prawie jak destrukcyjny nałóg, który niszczy wszystko i wszystkich. A już na pewno nie przynosi żadnych dobrych efektów.
Na jedną osobę, która komuś lub czemuś pomaga, przypada co najmniej dziesięciu krytykantów. Pomożesz niewidomej sąsiadce wnieść zakupy na piąte piętro? To źle, bo na pewno uznałeś ją za słabą kalekę, a jej zrobiło się przykro. Adoptowałeś zwierzaka ze schroniska? To źle, bo na pewno nie będziesz umiał się nim zaopiekować. Wpłaciłeś pieniądze na zbiórkę dla ubogiej rodziny? To źle, bo powinno się dawać wędkę, a nie rybę. No i najgorsze: prowadzisz fundację, która pomaga psom? To źle, bo w pierwszej kolejności powinniśmy pomagać dzieciom. Ale jeśli już pomagasz dzieciom, to lepiej pomagaj tym z Polski, a nie odległej Afryki. No ale skoro już naprawdę MUSISZ pomagać zwierzętom, to zajmij się polskimi schroniskami, zamiast walczyć o jakieś pandy na wyginięciu. A skoro już pomagasz tym schroniskom, to kupuj koce, a nie karmę. A najlepiej to wpłać pieniądze. Tylko nie za mało, bo przecież cię stać. Ale też nie za dużo, bo wyjdzie, że szukasz poklasku. No, chyba że anonimowo. Anonimowo możesz robić, co chcesz. Ci, co pomagają anonimowo, są lepsi od tych, co pomagają pod własnym nazwiskiem.
Czasem mam ochotę rzucić to wszystko, a potem rzeczywiście zacząć pomagać incognito. Nie dlatego, że według czyjejś wizji świata będę dzięki temu „lepsza”. Dlatego, że kiedy pod zdjęciem radosnego kundelka w nowym domu, o który walczyliśmy przez trzy miesiące, dostaję komentarz „dzieciom w domu dziecka byście się zajęli”, to jest mi zwyczajnie przykro. Czuję, jakbym zrobiła coś złego. Gdyby nie uradowane pyski milusińskich, trafiających do ciepłych domów kochających ludzi, pewnie już dawno bym zrezygnowała. Czy zaczęłabym pomagać dzieciom? Nie wiem. W końcu na pewno znalazłoby się kilka osób, z satysfakcją punktujących, co takiego robię źle.
W pracy wolontariusza nic nie zniechęca bardziej niż ludzie, którzy patrzą na ręce i rozliczają z tego, komu masz pomagać i w jakiej kolejności. A może każdy po prostu zająłby się sobą? Mam nadzieję, że moi krytykanci robią rachunek sumienia równie często, co ja i moi przyjaciele z fundacji. Kiedy ktoś pyta, jakie są największe sukcesy naszej fundacji, bez namysłu odpowiadam: to, że dalej ciągniemy ten wózek.
Co w tym felietonie zadziałało
- Osobisty początek: autorka przedstawia się i od razu mówi o własnym doświadczeniu.
- Wyliczenie i narastające absurdy: kolejne „to źle” budują emocje i śmieszą, a jednocześnie pokazują problem.
- Konkret: komentarz pod zdjęciem psa w nowym domu pokazuje, jak to boli.
- Puenta w ostatnim zdaniu odpowiada na pytanie o sukcesy i zamyka tekst obrazem: „ciągniemy ten wózek”.
Najczęstsze błędy
- Temat, który autora w ogóle nie obchodzi. Czytelnik to wyczuje.
- Brak adresata: tekst jest jednocześnie za trudny i za prosty.
- Zbyt długi wstęp. Felieton ma być dynamiczny.
- Złośliwość zamiast ironii: atakowanie osób zamiast problemu.
- Brak puenty. Felieton, który się „rozmywa”, nie zostaje w pamięci.
Lista kontrolna
- Czy mam zdanie na ten temat i potrafię je wyrazić jednym zdaniem?
- Czy wiem, do kogo piszę i po co?
- Czy tytuł intryguje?
- Czy tekst jest krótki i dynamiczny?
- Czy kończę puentą?